grafoman numer 144 (część II)

Jeśli nie odpowiesz szczerze, możesz od razu zsunąć tę bandanę. Mgła rozluźni Ci język.

–Fusy zjedzą cię na śniadanie. Znajdź inne wyjście.
– Myślisz, że nie szukałem? Gdybym znalazł, czy w ogóle byśmy teraz rozmawiali? Wiesz, że sprawa jest delikatna. Zgubiłem ładunek Delpera, jeśli nie udowodnię swojej niewinności. Potrzebuję Grafomana.
– Znajdź innego. Może nie będzie narkotyzować się Pomarańczową Mgłą.
– Nie poskąpisz siostrzeńcowi stu ketów? Nadmiar kasy chyba rzeczywiście jest nierozerwalnie związany z syndromem skąpca.
– Z rodziną łączą mnie tylko więzy krwi. Znajdź sobie innego wierzyciela. Hurtownia ostatnio gorzej ciągnie; ja potrzebuję każdego grosza.
– Nie gadaj. O ile gorzej? Jedna setna procenta miesięcznego przychodu? To tylko transport do Fusów. Ile załatwiasz takich kursów jednego dnia, hę? Pięćdziesiąt? O, ten facet co wchodzi – on też do Fusów?
– Nie, idioto – Cormac zniżył głos – mamy dzisiaj kontrolę.

Witam! – Gościnne echo odbiło się głucho między osowiałymi ścianami. Cormac wstał z krzesła i uścisnął rękę urzędnikowi.  – Przepraszam za zamieszanie, sprawy rodzinne. Może pan zacząć od magazynu, tam po lewej. Przejmie pana nadzorca. – Sylwetka w cieniu potężnej bramy uśmiechnęła się. – Dołączę za moment. – Usiadł, gdy zakrawacona tyczka oddaliła się. – Buty nie do pary… – Odprowadził mężczyznę spojrzeniem. – Nie zorientowałby się, jakbym wpakował mu kulkę w łeb.
– Masz szansę na czysty wynik. Taki bez machinacji.
– Fortuna to patronka głupich. Zwęszy coś, czuję to w kościach. Ludzie, którzy zakładają buty nie do pary, mają tendencję do pakowania się w kłopoty.
– Też masz dziś buty nie do pary.
– Bo tak chciałem. Jest różnica między człowiekiem chaotycznym a człowiekiem chaotycznym z wyboru.
– Wiedziałem, że będziesz się wymawiać – Joey podniósł znienacka głos.
– Co?
– Umawialiśmy się tydzień temu, że spłacisz dziś dług wobec Garrena. Nie będzie zadowolony, kiedy przekażę mu, że ktoś zwleka z zapłatą za jego broń i na dodatek czyni z niej użytek. Poprzednia partia też nie została…
– Przestań, do diabła. – Cormac zerknął na bramę do magazynu. Wyjął rewolwer z szuflady w biurku i sprawdził zapas nabojów w cylindrze. Wsadził broń z powrotem, ale szuflady nie domknął. – Dwa. Jak zużyję jeden na ciebie, to może zapomnisz o całej sprawie.
– Tak czy nie?
– Spójrz… – Pochylił się nad biurkiem. – Ten pamiętnik może należeć do kogokolwiek. Każdy zna tę historię, może jakiemuś obdartusowi, który myje zęby skrawkiem dywanu, akurat zachciało się wcielić w bohatera. Leżał w j****** krzaku. Poza tym, nawet jeśli się mylę, skąd wiesz, że ten facet w ogóle jeszcze żyje? Rewolta Hetycka miała miejsce dwadzieścia lat temu. Większość Grafomanów zdążyła zdechnąć…
– Tamten ochroniarz też nosi towar Garrena? Hej! Pokaż mi…
– Dobra, dobra! – Cormac wyciągnął ręce. – Dostaniesz swój pieprzony transport. Jutro o jedenastej z płyty przy kręgu Pem odlatuje prom. Będzie oznakowany logiem Guar, poznasz go. Hasło to „Soda Guar bez emulgatorów”. Pamiętaj o broni. Jak złapią cię gliny, będziesz mógł sobie od razu palnąć w łeb. Oszczędzisz zachodu kartelowi. – Zakrawacona tyczka wyłoniła się z huczliwego mroku magazynu. – Doskonale, właśnie skończyliśmy! Przejdźmy do pomieszczenia służbowego. – Cormac wskazał dłonią drzwi zawieszone w lewym dolnym rogu gigantycznej, zalanej liszajami ściany. – Uważaj na siebie. Mam nadzieję, że nie wysyłam cię tam na śmierć.
– Będę – odpowiedział Joey.
Wziął ze sobą pamiętnik, wstał i skierował się do wyjścia, trzymając spojrzenie na dwóch punkcikach przed drzwiami pomieszczenia służbowego. Na tle gargantuicznej ściany wyglądali jak pociągłe plamki – jedna biała, druga czarna.
– Zapraszam.
Gdy przemierzył wszerz kolosalną halę i dotarł do wyjścia, dobiegł go cichy wystrzał, łudząco podobny do szczęku zamka.

Żadna kontrola nie wykazała jeszcze schowku na ciała w ścianie.

Przedział, w którym siedział Joey, swoimi gabarytami i tłumem ludzi ściśniętym w tych gabarytach przypominał wagon bydlęcy. W snopach sztucznego światła strzelających z otworów wentylacyjnych wirowały niesławne czarne fusy, piekielne drobinki, które oblepiały płuca przy każdym wdechu. Wpychały się do nosa niczym tabaka, drapały i wyciskały łzy. Po jakimś czasie zaczynały przechodzić przez gardło – wystarczyło spojrzeć na kałuże plwociny wyściełające podłogę promu, by wyobrazić sobie, jakie to okropne i uciążliwe uczucie. Niektórzy przełykali, co – jak się okazało na dalszym etapie podróży – wcale nie było najlepszym pomysłem, inni odpluwali (nierzadko gdzie popadnie, tak jak krzywonosy dryblas naprzeciwko Joeya, który zrobił sobie z niego tarczę strzelniczą). Do tego dochodziła przeraźliwa duchota, siekąca przytomność jak popadnie. Patrząc na spokojne twarze osób, które padły jej ofiarą, i próbując jakoś nawilżyć spieczone gardło, Joey nie mógł im nie pozazdrościć.

Gdzieś między warstwą drugą a trzecią (Fusy znajdowały się na pierwszej), złapał ich patrol. Wszyscy jak na zawołanie wbili spojrzenie w sufit, nasłuchując kroków obutych ciężko policjantów i trzymając dłonie na ustach, jakby na górze żerował jakiś demon z piekła rodem.
– Dokumenty – zażądał demon obojętnym głosem. – Co pan przewozi? – „Pan”. Na dźwięk tego słowa co poniektórym wyraźnie ulżyło; najgorszy sort demonów nie zadaje sobie trudu z „panem”.
– Sodę przewożę.
Dźwięk rozrywanego kartonu.
– Guar – orzekł demon. Firma Guar zajmowała się produkcją napojów, nomen omen całkiem cenionych.
– Zgadza się. Chce pan?
Demon nie odpowiedział.
– Proszę wylać.
Zasyczało.
– Niech pan otworzy podwozie.
Atmosfera stężała. Zrobiło się duszniej.
– Jeśli fusy dostaną się do silnika…
– Proszę otworzyć podwozie. – Głos demona nie znosił sprzeciwu. – Ogólna waga nie pokrywa się z wagą wehikułu i przewożonego towaru.
– Nie mogę ryzykować życiem mojego promu. Wyrzucą mnie z pracy!
Ogolona na jeża kobieta wywróciła oczami i zemdlała. Krzywonosy zacisnął włochatą dłoń na rękojeści pistoletu.
– I Bóg jeden wie, co jeszcze… Proszę, ja chcę żyć! Wie pan, ile warte jest ludzkie życie w tej korporacji? Mniej od tego promu. Klnę się na własną matkę, przewożę tylko sodę. Ta waga to przez modyfikacje nadwozia… Nielegalne, przyznaję, ale niech pan, na litość boską, nie otwiera podwozia!
Chwila niepewności dłużyła się niemiłosiernie. Pojmowanie Joeya ograniczyło się do punktu, w którym stał policjant. Gdyby nie to, pewnie zdziwiłby się, że potrafi wytrzymać tyle czasu bez powietrza.
– Jakie modyfikacje?

Cały przedział wziął głęboki oddech.

Przewoźnik wysadził ich gdzieś na południu Fusów. Kiedy otworzył klapę, a do środka wlało się światło, wszyscy jednomyślnie rzucili się do wyjścia jak wołani przez Boga. Któraś ciężarna kobieta zawadziła czarnym od sadzy brzuchem o Joeya, zginając się wpół. Inna wyglądała, jakby uciekła z gali rozdania Oscarów. Joey zastanawiał się, co u diabła zaciągnęło tych ludzi do Fusów. Co było w tym pogorzelisku nęcącego dla przyszłej matki? Wizja bielutkiego, dziecięcego łóżeczka w norze wykopanej w kupie popiołu? Jeśli malowała, stanowiło to wcale prawdopodobny scenariusz. Może faktycznie malowała, stwierdził w myślach. Byłby z tego niezły obraz. Szkoda, że nikt w Fusach nie widział nigdy na oczy odręcznego malowidła.

Gdy wszystkie ciężarne kobiety dopchały się już do wyjścia, Joey podążył w ich ślady. Pod jego butami skrzypiała ślina. Wychodząc, kątem oka zarejestrował zerwany skrawek białego materiału leżący na jednej z ław. Podniósł go bez wahania i obwiązał sobie wokół twarzy. Nie miał pojęcia, skąd pochodził i – prawdę mówiąc – nie obchodziło go to zbytnio. Liczyło się, że filtrował fusy. Nieważne, czy oddychał właśnie przez czyjąś suknię ślubną albo przez powijaki dla nienarodzonego dziecka. I tak wszystko poczernieje, gdy wyjdzie na zewnątrz.

Przewoźnik pożegnał go skinieniem głowy; po zatwardziałej twarzy znać było, że blagował glinom nie pierwszy, i pewnie nie ostatni raz. Stał przy trapie z odpalonym petem w ustach. Joey nie mógł sobie wyobrazić, jak jego płuca to znosiły. Dla niego jeden wdech był tutaj jak paczka papierosów.

Po fusach kroczyło się jak po śniegu, tyle że zostawiały ślady, najczęściej permanentne. Czuł się jak na obcej planecie. Powietrze wyglądało jak ze zdjęcia kiepskiej jakości, gdzie po nieznacznym przybliżeniu widać tylko ziarno.

Ogarnął wzrokiem horyzont w poszukiwaniu drogowskazu. Natrafił spojrzeniem na wysłużony wyświetlacz, którego ekran musiał ktoś ostatnio wyczyścić. W przerwach między pylastą pokrywą akurat szło odczytać nazwę kręgu: krąg Tejera. Wyjął z kieszeni notatnik i zerknął przelotnie na pewien zapis. „>>Czerwony motyl<< – krąg Tejera 45”. Bingo. A więc do kręgu Tejera 45.

Jeśli bryła „Czerwonego motyla” miała w jakiś sposób odzwierciedlać nazwę, to pozostawiała wiele do życzenia. Na dobrą sprawę nie była nawet bryłą, a jedynie architektoniczną abominacją złożoną z pagórków i dolin, niczym trójwymiarowa mapa topograficzna. Światło prześlizgiwało się po jej wypukłościach jak po cieczy – gładko, ale zdradzając każdą zmarszczkę i każdą falę. Gdy Joey otwierał drzwi klubu, czekał napięty, aż na kark spadnie mu kropla zagadkowej cieczy.

Nie doczekał się.

Wnętrze „Czerwonego motyla” zasnuwała gęsta Pomarańczowa Mgła, zewsząd dobiegało apokaliptyczne dudnienie pozbawione konkretnego źródła. Parę głębokich wdechów i myśl, że to sama mgła dudni, wydawała się bardzo prawdopodobna. Kolejnych parę i pomarańczowy rytm wpływał do głowy; stawał się dźwiękiem wewnątrz ciała, tak jak bicie serca. Z oparów sporadycznie wyłaniały się fragmentaryczne kształty ludzkich sylwetek: utlenowana grzywa, ręka opleciona kolekcją bransoletek, ręka ściskająca cynamonową whisky.

Joey ciaśniej zawiązał bandanę. Szukał czegoś na kształt orzecha i im dalej w głąb klubu brnął, tym więcej takich przedmiotów tworzyła jego wyobraźnia. Po drodze potrącił jakiegoś faceta z nabiegłymi krwią oczami, który przekazał mu bełkotem, że górnikom zakaz wstępu. Miał rozciętą wargę i podbródek umazany w posoce. Szybko wyminął go i przepchnął się do serca klubu. Tam, w przejaśnieniu Pomarańczowej Mgły, spostrzegł orzechokształtny basenik, a w nim troje sylwetek. Zbliżył się.

To mężczyzna w rozchełstanym frywolnie garniturze obejmował dwie smukłe kobiety. Wokół, jak w dziecięcym placu zabaw, bezładnie walały się rozkopane poduszki. Znad nich spoglądała na Joeya para wielkich oczu, które błyszczały wśród mgły niczym latarnie na pełnym morzu.

Grafoman numer 144, pomyślał Joey. Nie wyglądał na sześćdziesiąt, nie wyglądał nawet na pięćdziesiąt lat, ale nie miał wątpliwości, że to on.

– Ktoś ty? – zapytał. Jego głos był błogą harmonią wśród wszechogarniającej kanonady. – Szukałeś mnie? Zejdź tutaj. – Joey ostrożnie zeskoczył do baseniku. Przez spojrzenie ogromnych oczu poduszki wydawały się miększe niż w rzeczywistości.
– Znalazłem pański pamiętnik.
– W takim razie pewnie wiesz, że skończyłem z grafomanią.
– Potrzebuję pomocy. Potrzebuję Grafomana.
– Kim jesteś?
– Po prostu potrzebuję pomocy.
– Kim jesteś? Jeśli nie odpowiesz szczerze, możesz od razu zsunąć tę bandanę. Mgła rozluźni Ci język.
Joey przełknął ślinę.
– Należę do kartelu Delpera.
– Tak lepiej. Czemu potrzebujesz Grafomana?
– Zgubiłem transport leków.
– Kartel farmaceutyczny?
– Nie. To… sprawy rodzinne.
Grafoman zachichotał dziecinnie.
– Kartel jest jak jedna wielka rodzina, nieprawdaż? To wy pociągacie za sznurki w Misie?
– Można tak powiedzieć.
– Niesamowite, jak długo ludzie potrafią trwać nieświadomości.
Cisza. Serce Joeya zaczęło bić w takt pomarańczowego rytmu.
– Co?
– Powiedz mi: gdzie leżał pamiętnik?
– Przy mojej kwaterze.
– Dobrze. Tam, gdzie go zostawiłem.
– Zostawiłeś go? – wydukał Joey z niedowierzaniem. Na jego czole zaczął perlić się pot.
– Też mam do ciebie interes.

Piekielne grzmoty przybrały na sile, jakby do orzechowego baseniku zaraz wpaść miała apokalipsa.
– Kartel Delpera zarobaczył Misę. Rozpuścił wszędzie swoje larwy, które teraz drążą tunele w naszym świecie. Musi zniknąć, żebyśmy mogli prosperować.
– Nie rozumiem. Przecież twierdziłeś, że skończyłeś z grafomanią. – Oparcie z poduszek nagle zrobiło się jakieś grząskie i Joey poczuł, że zaczyna się zapadać.
– Faktycznie.
– W takim razie dla kogo pracujesz?
– Dla tych, którzy pociągają za sznurki. Wbrew temu, co pisałem, wcale nie zabiłem oligarchii, bo to niemożliwe. Ludzkich skłonności nie sposób uśmiercić. Ktoś musi pociągać za sznurki, żeby lalki tańczyły, Joey. Nie wyrywaj się. Nie zamierzam trzymać cię tu siłą. Po prostu odbędziemy szczerą rozmowę. – Grafoman uśmiechnął się. Jego usta rozszerzały się i rozszerzały w groteskowym majaku.
– Wena umarła! – Joey próbował wstać, młócąc rękoma powietrze, ale raz po raz tracił równowagę. – Jak to możliwe, że jeszcze pracujesz?!
– Prawdziwemu grafomanowi nie potrzeba weny.
A potem do baseniku wpadła apokalipsa.

I część opowiadania Grafoman numer 144 możesz przeczytać TUTAJ.

Grafika: Przemek Ornicz
Edycja i korekta: redakcjaBB