Wszystkie moje!

Nadmiar pieniędzy i skąpstwo wbrew pozorom nie odbiegają od siebie tak bardzo. Bogacze w tym, jak dysponują majątkiem, często przypominają filatelistów: chowają wszystkie swoje zyski do klasera, aby kurzyły się aż do przejścia na ręce potomstwa.

„Wszystkie pieniądze świata” Ridleya Scotta zmieniały się diametralnie na końcowym odcinku produkcji. Nie mówię tutaj konkretnie o kasowaniu scen, re-shootach czy zmianie obsady, ale o wszystkim naraz; gdy na powierzchnię wypłynęły oskarżenia wobec Kevina Spacey’ego, reżyser podjął ryzykowny krok – usunął aktora z filmu i zastąpił go Christopherem Plummer’em. Nowy J.P. Ghetty miał dwa tygodnie na przygotowanie się do roli. Wiązało się to z kosztownymi (bo opiewającymi na 10 milionów dolarów) zmianami i karkołomną harówką, ale niech mnie, było warto.

Najnowsze dzieło Scotta obraca się wokół perypetii rodziny Jean Paul Getty’ego – potentata naftowego, którego wnuk, John (Charlie Plummer), zostaje uprowadzony w tajemniczych okolicznościach. Jego matka dokłada wszelkich starań, by przekonać miliardera do zapłaty okupu, nie wszystko jednak (właściwie rzadko co) idzie po jej myśli.

Zważywszy czas, jaki Christopher Plummer miał do dyspozycji, każdy kto „Wszystkie pieniądze świata” obejrzy, dojdzie do wniosku, że hollywoodzki weteran wykonał niesamowitą robotę. Wykreowana przez niego postać promieniuje charyzmą, fascynuje, a nade wszystko budzi skrajne emocje. Stanowi także doskonały obraz tego, jak wielki wpływ może mieć na człowieka fortuna.

Otwarcie „Wszystkich pieniędzy świata” nie pozostawia wiele do życzenia – zręcznie buduje napięcie poprzez zestawienie wystrojonej postaci Johna z ciemnymi uliczkami Rzymu, po każdym cięciu coraz ciaśniej zawiązując żołądek widza. Scenografia i oświetlenie są tutaj, jak i przez całą resztę filmu, pierwszorzędne. Prosty przykład: Getty przez cały film ukazywany jest w chłodnym świetle i dopiero pod koniec, przy akompaniamencie szaleńczej symfonii, zestawienie jego postaci ze światłem ciepłym wywołuje przemożne uczucie niepokoju, podkreślając złowieszczy charakter sceny. Ciężko będzie tak naprawdę zdefiniować, gdzie – jeśli nie w samej kanwie filmu – problem leży, gdy przejdziemy przez następny akapit.

We „Wszystkich pieniądzach…” emocje widza rezonują wszędzie, tylko nie tam, gdzie trzeba. Michelle Williams jako synowa Getty’ego ogrzewa chłodny świat kalkulacji sercem opiekuńczej matki, zaś Christopher Plummer zawsze stoi o krok przed widzem, prowokując domysły, których snucie skutecznie podtrzymuje uwagę widza. John wypada na tym tle mizernie. Jest zupełnie papierowym bohaterem, takim nowobogackim smarkaczem z książek, na którego śmierć czeka się z zapartym tchem. Wielokrotnie podczas seansu męczyła mnie jego farsa i dopiero, gdy film wreszcie sięgnął po radykalne środki, coś w moim sercu drgnęło. Gdzieś między drugim a trzecim aktem jego postać zniknęła zupełnie, co sprawiło mi niezmierną radość. Główny motor „Wszystkich pieniędzy…” w kwestii całego wątku Johna nie domaga, próbując wzbudzić sympatię do postaci poprzez dotykające ją nieszczęścia. Znacznie bardziej od samego porwania pociąga jego tło; starcie charakterów Williams i Plummera to tutaj prawdziwy rarytas, w porównaniu z którym wszystko inne nabiera mdłego smaku.

Gdy dodamy do siebie blaski i cienie „Wszystkich pieniędzy…”, otrzymamy dzieło intrygujące, lecz hamowane przez swój główny wątek, wizualnie bardzo dobre, ale niemogące wznieść treści nad poziom formy. Nie ma co dziwić się Getty’emu, że miał takie opory z zapłaceniem okupu za wnuka. Z ręką na sercu mogę przyznać, że na jego miejscu też bym tego nie zrobił.

Zdjęcia: www.filmweb.pl
Korekta: redakcjaBB