Nie możemy mówić inaczej, niż przez nasze obrazy

Z prawej krzyczą: Szaleństwo! Z lewej wrzeszczą: Szalona! A serce mi cicho szepcze: Vincent nie był szaleńcem...

Kobieta siedząca na trawie (1887)

Światła zgasły. Pozostałam już tylko ja, osadzona w samotnej przestrzeni kinowego fotela. Ja. Sama. Naprzeciw dziecka artysty. Na moich oczach barwy płyną po płótnie, niby rzeka.
I zaczyna się magia…

Droga z cyprysem i gwiazdą (1890)

„Twój Vincent” jest pierwszym w historii kina, pełnometrażowym filmem, stworzonym techniką animacji malarskiej. To zarazem spełnienie utopijnych marzeń artystki – Doroty Kobieli, która po wielu latach pracy reżyserskiej, zapragnęła wrócić do nieco zakurzonej licealnej pasji – malarstwa.

„Chciałabym swoją pracą pokazać, co ten Nikt nosi w swoim sercu” – Dorota Kobiela.

Z początku miał to być jej indywidualny projekt mieszczący się w kategorii krótkiego metrażu. Jednak na swojej drodze spotkała Hugh Welchmanna, w którym się zakochała i który, po poznaniu jej idei oraz dogłębnym przeanalizowaniu dziejów van Gogha, przekonał ją, że tajemnicze życie malarza to materiał na film kinowy. I tak, nie posiadając nic prócz własnych nadziei, rozpoczęli poszukiwania producentów i filmowców, którzy zechcieliby podjąć się pracy nad niemożliwym. Wielu z nich, mówiąc wprost, pukało się w czoło. Przez długi czas nikt nie wierzył, że takie przedsięwzięcie ma szansę się udać. W końcu produkcji filmu podjęła się brytyjska wytwórnia Breakthru Films, która już wcześniej otrzymała Oscara za animację „Piotruś i Wilk”.

Rozpoczęły się przygotowania. Na wieść o naborze malarzy zgłosiło się kilkuset chętnych z całego świata, którzy podczas castingu, zostali sprawdzeni pod kątem ich warsztatu i umiejętności odwzorowania stylu van Gogha. Głównym zamysłem filmu było bowiem opowiedzenie historii poprzez ożywienie dzieł mistrza i utrzymanie obrazu w jego unikatowej postimpresjonistycznej technice. Ostatecznie wybrano 120 malarzy z 20 krajów, w tym najwięcej Polaków.

Animację stworzono z ok. 65 tys. klatek, tak więc na jedną sekundę filmu, przypadało 12 płócien. Policzono, że gdyby postawić wszystkie te obrazy jeden na drugim, sięgałyby one poza sferę ziemską. Najpierw nakręcono film aktorski za pomocą green-boxa – jednolitego tła. Odtwórcy ról wybierani byli na podstawie podobieństwa do osób, które zostały uwiecznione na portretach van Gogh’a. Operatorem tej części projektu był Łukasz Żal –  nominowany do Oscara w 2013 r., za zdjęcia do filmu „Ida”.  Następnie klatki trafiły do stacji malarskich, które znajdowały się w Polsce i Grecji. Każdy plastyk miał do dyspozycji własne stanowisko pracy, wyposażone w przybory malarskie, aparat i komputer.

Zaczynano od namalowania pierwszej klatki, a następnie robiono jej zdjęcie. Potem domalowywano kilka kresek, tak, by wprawić obraz w ruch, i znów fotografowano. Tą mozolną metodą animacji poklatkowej stworzono 90-minutowy film. Jedna z malarek przyznaje, że namalowanie zmiany obrazu, zajmowało od 10 minut do nawet 2 godzin, w zależności od poziomu skomplikowania kompozycji. Z tego powodu, jeden malarz w ciągu jednego dnia, nie zawsze był w stanie stworzyć choćby jedną sekundę filmu.

Niesamowitym wyzwaniem było także wierne odwzorowanie techniki van Gogha, gdyż pociągnięcia pędzla na jego obrazach, często zdają się być przypadkowe, a kolory nie zawsze są dokładnie zmieszane. Z tego powodu oddanie ekspresji i świeżości Vincenta było wręcz niemożliwe do wykonania. Świadczy to o wielkim geniuszu i talencie artysty.

Akcja filmu dzieje się w przestrzeni określonej przez obrazy van Gogha. Znajdziemy tu m.in. „Taras kawiarni w nocy” czy „Gwiaździstą noc nad Rodanem” – w sumie 94 autentyczne dzieła Vincenta. Niektóre z nich trzeba było na potrzeby scenariusza nieco zmodyfikować. Mowa tu m.in. o zmianie czasu akcji, pory roku czy rozszerzeniu obrazu pionowego do pożądanego formatu. Niezbędne okazało się również zapewnienie identycznego źródła światła na każdym stanowisku malarskim. Reżyserzy musieli mieć pewność, że każdy zatrudniony artysta widzi barwy dokładnie tak samo, jak jego sąsiad. Czasami decydujące stawały się tak prozaiczne sprawy jak gęstość farby, temperatura, nacisk pędzla czy jego grubość.

Stworzenie tej wspaniałej animacji zajęło 8 lat. Reżyserka przyznała, że gdyby zdecydowała się zrealizować ją samodzielnie, jak zakładała pierwotnie, trwałoby to 80 lat. Film od strony wizualnej jest po prostu przepiękny.

Na szczęście forma nie przysłania w nim treści, jak to zwykło bywać w innych nowatorskich produkcjach.

Warstwa malarska jest na tyle perfekcyjnie wykonana, że momentami nasz mózg odbiera ją jako zwyczajny obraz fabularny. Szczególnie takie wrażenie odnosi się przy namalowanych w odcieniach szarości, retrospekcjach z życia Vincenta, przypominających do złudzenia archiwalne nagrania z owego czasu – na których zresztą były wzorowane.

Martwa natura z żółtym słomkowym kapeluszem (1885)

Film jest oparty na poruszających listach Vincenta do jego młodszego brata Teo.  Podczas przygotowań do pisania scenariusza, twórcy przeczytali ich ponad 800. Dodatkowo podróżowali do różnych krajów, odwiedzając w sumie dziewiętnaście galerii sztuki. Tam obejrzeli ponad 400 dzieł malarza. Źródłem informacji stało się także ok. 40 publikacji na temat jego życia.

Opowieść zaczyna się rok po śmierci artysty, a głównym motywem wydarzeń, jest niewysłany list van Gogha. Przechowuje go jego przyjaciel, listonosz Joseph Roulin. Pewnego dnia poleca on swojemu synowi Armandowi, dostarczyć go do Teo. Mężczyzna przebywa daleką drogę w poszukiwaniu nie tylko odbiorcy listu, ale także odpowiedzi na pytania, które od śmierci artysty wciąż wiszą w powietrzu, lecz nikt jeszcze nie odważył się ich poruszyć.

To historia o wyjątkowej więzi dwóch braci, która ważna jest przede wszystkim dla Vincenta, gdyż Teo jest najbliższą mu osobą i wsparciem w życiu. Widzi także w nim potencjał, sponsoruje jego pasję, wierzy w niego do końca, nawet, gdy on sam już przestaje. To również historia o samotnym mistrzu, który, choć przez całe życie niedoceniany, słucha głosu swego serca i tworzy, a los niejednokrotnie sprawia, że wątpi we własny talent. To historia o człowieku odrzuconym, wyśmiewanym, uznanym za dziwaka, który nie może sobie poradzić z traumą i wielokrotnie próbuje truć się farbami. Malarz był bowiem drugim Vincentem w rodzinie van Goghów. Jego starszy brat umarł przedwcześnie, a on sam czuł się jego gorszym zamiennikiem i wiedział, że w oczach matki nigdy go nie zastąpi. Szczególnie ciężko znosił cotygodniowe wizyty na cmentarzu, gdzie na płycie nagrobnej widział własne imię. Trudne dzieciństwo prawdopodobnie przyczyniło się do późniejszych problemów psychicznych van Gogha.

Jestem przekonana, że Vincent nie był szaleńcem. – zaznacza w jednym z wywiadów Dorota Kobiela.

To wreszcie historia o śmierci, opowiedziana przez pryzmat życia i odkrywania tego co dotąd nieodkryte. Dzięki retrospekcjom możemy spędzić ostatnie chwile wspólnie z Vincentem w Auvers i śledzić tworzenie jego najpóźniej namalowanych obrazów. Reżyserzy w animacji podają w wątpliwość dotychczasowe przekonania o śmierci i osobie artysty, nie narzucają jednak własnego zdania, ale sprawiają, że kreuje się ono w głowie każdego widza.

Pasterz ze stadem owiec (1884)

Po realizacji filmu pozostało ok. 1000 obrazów, które uświetniły wystawę holenderskiego Noordbrabants Museum, a część z nich przeznaczono do sprzedaży. Premiera filmu „Twój Vincent” miała miejsce na Festiwalu Filmów Animowanych w Annecy, i zdobyła tam uznanie publiczności. Film otrzymał także nagrodę na Festiwalu Filmowym w Szanghaju, a ponadto został nominowany do tegorocznego Oscara w kategorii Najlepszy Film Animowany. Przegrał jednak z disney’owskim „Coco”, co według mnie było decyzją niesprawiedliwą i niesłuszną.

Vincent chciał, żeby nawet po kilkuset latach, ludzie byli w stanie dzięki jego obrazom, odkryć kim były uwiecznione na nich postacie. W listach do Teo pisał, że nie chce tworzyć dzieł na wzór zdjęć, tak by pamiętane były tylko twarze, ale aby jego dzieła uwieczniały również duszę. Co ciekawe, artysta za życia sprzedał tylko jeden obraz. Dziś niemal wszystkie można oglądać w największych światowych muzeach, a ludzie, którzy chcą mieć je na własność, płacą ogromne pieniądze.

„Twój Vincent” jest niewątpliwie najszlachetniejszym hołdem wobec malarza, a przede wszystkim sprawia, że zwykli ludzie zaczynają go doceniać, a tego przecież najbardziej brakowało mu za życia.

Zdjęcia: https://www.facebook.com/twojvincent/
Edycja i korekta: redakcjaBB