Człowiek z gitarą – relacja z koncertu Johna Portera

David Bowie zrobił rzecz absolutnie genialną, stwarzając postać Ziggyego Stardusta — prawdziwi artyści nie są bowiem z tego świata. John Porter wychodząc na scenę, był nikim więcej, jak podstarzałym panem w czarnej marynarce. Sześć strun gitary i mikrofon uczyniły go odległą planetą, która na jeden wieczór otwarła swe podwoje.

Minimalizm był jednym z największych atutów koncertu goszczonego przez bielski Metrum Jazz Club.
Nie trzeba było nic i nikogo więcej poza artystą i jego muzyką.

John Porter jest urodzonym w 1950 roku, walijskim muzykiem, który od 1976 roku żyje i tworzy muzykę w Polsce, grywał on w Maanam, Porter Band oraz w Me and That Man, na którym także miałem okazję być, warto też dodać, że John Porter został w 2005 roku odznaczony medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.

Wieczór jest młody. Koncert zaczyna się punktualnie. o 19:00 John Porter wychodzi z backstage’u kierując się na schodki prowadzące na scenę. Ubrany w czarną koszulę, czarną marynarkę, czarne spodnie i czarne buty. Obojętność na jego twarzy. Siedzący i stojący z tyłu słuchacze zaczynają klaskać. Gdy przestają, John wita się i rozpoczyna grę. Po kilku numerach rozluźnił się i rozpoczął konwersację z siedzącymi przy pierwszych stolikach osobami.

Niezwykły wokal Portera, chwilami rzeczywiście będący niemal kalką Cohena, miał w sobie niezwykłą autentyczność. I nawet jeśli utwory bywały do siebie podobne, był to przejmujący występ o niemal intymnej atmosferze. Niech nikt nie myśli jednak, że był to patetyczny i smutnawy wieczór, choć wszystko mogłoby na to wskazywać. Porter pomiędzy utworami schodził na ziemię i swą łamaną polszczyzną sypał anegdotkami na temat kolejnych piosenek, rzucał mniej lub bardziej zrozumiałymi żarcikami i polemizował z publicznością, która żywo reagowała na jego monologi, do tego stopnia, że śmiech rozbrzmiewał co najmniej kilka razy wśród ścian klubu.

John Porter wykonał utwory ze swojej nowej płyty „Honey Trap” oraz poprzednich albumów, co złożyło się na dwugodzinne show. Nie czuć było jednak mijającego czasu. Melancholijny nastrój rozprzestrzeniony przez prezentowane utwory pozwalał zatopić się w intensywnej mieszance emocji, w znacznej mierze minorowych — bijących tęsknotą, bólem za tym, co utracone, ale i gorzkim godzeniem się z sobą i co najważniejsze – nadzieją. Spośród granych przez Portera utworów nie mogło zabraknąć takich kompozycji jak Love didn’t save you, Of sirens, vampires and lovers, ta druga jest utworem z repertuaru wymienionego wyżej Me and That Man. John Porter do każdej piosenki miał przygotowaną anegdotę lub jakiś żart, przez co, z każdym utworem zacieśniał więzi między widzem a nim.

Cóż, koncert był niesamowity.

John Porter tworzy genialną muzykę a na scenie potrafi to odegrać tak, aby widz poczuł emocje płynące prosto z wnętrza. Trafiają do odbiorcy i od razu go przekierowują w tą część wspomnień, które nie należą do szczęśliwych i radosnych. Jego teksty ubierają nasze wspomnienia w piękne czarne szaty pogłębiające ból oraz pozwalające na przykrycie ran i blizn na naszej duszy pozostałych z przeszłości.

Oby więcej tak klimatycznych wydarzeń w naszym mieście, które pozwalają, choć na chwilę oderwać się od szarej rzeczywistości i przenieść do świata, gdzie muzyka nadaje barwy, tak niezbędne do życia i duchowego katharsis.

Zdjęcie: www.facebook.com/pg/JohnPorterBand/
Edycja i korekta: redakcjaBB