Zawsze wybiorę szybowce

Studiuje lotnictwo i kosmonautykę, ma licencję samolotową  na pilota turystycznego i wie, jak pięknie wyglądają Czantoria i Babia Góra oglądane z wysokości. Rozmowa z Markiem Niewiadomym.

Marek:

Skąd wzięła się u mnie pasja do latania szybowcowego? Mieszkam blisko lotniska, więc już w dzieciństwie każdego dnia obserwowałem samoloty i szybowce latające na niebie. Można powiedzieć też, że po części lataniem zaraził mnie mój tataw młodości on również miał okazję przejść szkolenie szybowcowe. Postanowiłem więc kontynuować jego pasję. Cieszę się, że mamy wspólne zainteresowania – przynajmniej raz w roku staramy się wykonać razem choć jeden dłuższy lot.

Zacząłem w wieku 17 lat. Jednak dzisiaj z perspektywy zawodnika i instruktora uważam, że najlepiej jest zapisać się na szkolenie rok lub dwa lata wcześniej. Musimy pamiętać, że szybownictwo zajmuje bardzo dużo czasu, dlatego łatwiej jest zacząć, gdy ma się trzy miesiące wakacji oraz wolne weekendy. Przyznam, że początkowo chciałem latać samolotami, a szybowce traktowałem jako mój pierwszy, lotniczy  krok. Gdy szybownicy przesiadają się do samolotów, o wiele łatwiej jest zaadaptować się im do nowych warunków.

Nawietrzna czy zawietrzna w górach? W samolocie wystarczy wcisnąć gaz, a w szybowcu wszystko się czuje – każdy podmuch powietrza. Dzięki temu możesz sobie łatwiej wyobrazić, jak się ono porusza. Jest takie stare powiedzenie, że łatwo jest zrobić z pilota szybowcowego pilota samolotowego, ale w drugą stronę już niekoniecznie musi to zadziałać.

I to się najczęściej sprawdza. Nie bez znaczenia był także fakt, że nalot szybowcowy sprawia, że szkolenie samolotowe jest krótsze, a co za tym idzie, także i tańsze.  Później, gdy uczyłem się latać na samolotach, to dzięki szybowcom już w pierwszych dniach szkolenia, mogłem latać samodzielnie.

Po pewnym czasie znalazłem fanpage Szybowcowej Kadry Juniorów. Można tam było zobaczyć zdjęcia z zawodów szybowcowych, wyniki oraz trasy przelotów szybowcowych. Spodobało mi się to, więc stwierdziłem, że też spróbuję tak latać. Można powiedzieć, że to był strzał w dziesiątkę – dopiero wtedy przekonałem się, jak wygląda prawdziwe szybowcowe latanie.  Na początku wyciąga się szybowiec na wysokość pięćset metrów, a później pilot sam musi postarać się, by znaleźć się wyżej. Najpierw ćwiczyłem, wykonując długie, kilkugodzinne loty nad lotniskiem.

Gdy okazało się, że utrzymanie się w powietrzu nie jest już dla mnie problemem, zacząłem wykładać sobie pierwsze trasy. Z czasem potrafiłem przelecieć coraz więcej kilometrów i dolatywałem do nowych punktów – Czantoria, Babia Góra, Tatry… Najdłuższy przelot, jaki w życiu wykonałem to 755 kilometrów jednego dnia. Kolejnym krokiem były zawody szybowcowe. Tam już chodzi  nie o to, żeby przelecieć jak najwięcej tylko jak najszybciej. Nie działa to jednak tak, że kto pierwszy, ten lepszy. W momencie, gdy start lotny zostaje otwarty, każdy z zawodników sam musi zdecydować, kiedy chce rozpocząć swoją trasę. Dopiero wtedy zaczyna się liczyć prędkość. W kolejnych zawodach zajmowałem wysokie miejsca, co spowodowało, że dostałem powołanie do Szybowcowej Kadry Juniorów.

Trzy lata temu udało mi się zakwalifikować na Szybowcowe Mistrzostwa Świata Juniorów w Australii. Jako Szybowcowa Kadra Juniorów zdobyliśmy tam nawet wicemistrzostwo świata. Podczas organizacji tego wyjazdu okazało się, że największym problemem były pieniądze. Wpisowe na mistrzostwa, które musiał pokryć każdy z zawodników,  to aż trzy tysiące złotych od osoby. Oprócz tego trzeba kupić bilety lotnicze na drugi koniec świata, wynająć mieszkanie na kilka tygodni i wypożyczyć samochody. Dodatkowo przy każdym starcie zawodnik musi zapłacić także cenę holu za samolotem. A to wszystko w australijskich cenach. Ministerstwo Sportu pokryło połowę kosztów, co wystarczyło na wysłanie szybowców w kontenerze do Australii, a resztę musieliśmy zapłacić sami.

Przed zawodami wyjechałem na dwa miesiące do Niemiec i pracowałem jako listonosz, żeby móc pokryć pozostałe koszty.

Przy pomocy portalu Polak Potrafi, wsparło nas mnóstwo osób, a kolejną część dołożyli koledzy z klubu i sponsorzy. No i się udało – pojechaliśmy! Same mistrzostwa trwają dwa tygodnie, a dodatkowo jest jeszcze tydzień, który wcześniej mamy przeznaczyć na treningu. W tym czasie zawodnicy mają zapoznać się z nowym terenem, inną pogodą i zupełnie innymi masami powietrza.

Myślę, że w kontekście technicznym najtrudniejsze jest lądowanie. Zresztą zazwyczaj jest to najbardziej stresujący moment dla pilota. Zawsze śmieję się jednak, że jak już wystartujesz, to nie masz wyboru – musisz wylądować. Mimo to większość osób po kilku czy kilkunastu lotach jest w stanie to opanować. A poza aspektem technicznym? Najtrudniejsze to po prostu zacząć, przełamać się. Później  trzeba zapisać się w lokalnym aeroklubie na odpowiednie szkolenie, przejść kurs teoretyczny, po nim zdać egzamin wewnętrzny, aż w końcu możemy rozpocząć szkolenie praktyczne na lotnisku.

Nie ma żadnego konfliktu między pilotami samolotowymi i szybowcowymi. Jednak szybownicy są zwykle bardziej zgrani, bo tego wymaga od nich latanie szybowcowe. Do pomocy przy starcie zawsze potrzeba co najmniej kilku osób, więc tutaj liczy się współpraca. Samoloty to bardziej indywidualna dziedzina wystarczy dopełnić formalności, samemu zatankować i można lecieć.

Aktualnie studiuję na Politechnice Rzeszowskiej kierunek „Lotnictwo i kosmonautyka”. Jestem na specjalizacji z awioniki. Staram się połączyć swoją pasję z życiem zawodowym, dlatego też w zeszłym roku zrobiłem licencję samolotową na pilota turystycznego PPL (A). Teraz zdaję egzaminy teoretyczne na  licencję liniową ATPL (A) oraz zbieram kolejne uprawnienia. W najbliższym czasie chciałbym dostać się do pracy do linii lotniczych. Ale jeśli ktoś zapytałby mnie: „Szybowce czy samoloty?”, zawsze wybiorę szybowce.

Zdjęcia: Patrycja Szypuła
Edycja i korekta: redakcjaBB