Marmurowe pierogi

Nowa szkoła to zupełnie nowa historia. Na ogół trochę nudnawa, standardowa. Większość jest do siebie podobna, nawet ludzie, chociaż inni, to trochę jakby tacy sami. Aż tu nagle ona, szkoła z zupełnie innej bajki.

Drzwi. Ciężkie, drewniane drzwi. Nie przykuwające większej uwagi, ale na swój sposób urokliwe. Drzwi. A ja od dziś będę otwierać je codziennie.

Staję za progiem. Dzień jest pochmurny, deszczowy. W kątach i zaułkach kryje się gęsta mgła. W końcu mamy jesień, lecz tu w środku jej nie czuję, nie czuję też wiosny, a tym bardziej lata, właściwie nie czuję nic. Jakby ta szkoła nie wróciła jeszcze z wakacji. Znajduję się w korytarzu. Na horyzoncie widać jasne światło. Sekretariat. Panuje tu gęsty półmrok, mimo to, bez problemu jestem w stanie dostrzec obrazy wiszące na ścianach i uwiecznione na nich osoby. Światło z każdym krokiem wydaje się coraz cieplejsze i bardziej przyjazne. Zupełnie kontrastuje z otaczającą go rzeczywistością. Przy biurku siedzi kobieta, ubrana w schludny szkolny uniform, zakłócony tylko przez małą wstążkę, wystającą spod rękawa. Wygląda tak, jakby czekała tu specjalnie na mnie. Wstaje i z lekkim uśmiechem, lecz bez słowa, bierze mnie za rękę i prowadzi dalej – przez labirynt korytarzy. Coś sprawia, że nie opieram się, a tego nakazywałby zdrowy rozsądek. Nagle opanowuje mnie bezkresna harmonia i spokój, co jest zupełnym absurdem w obecnej sytuacji.

W moim zamyśleniu nie zauważyłam, jak wiele schodów pokonałyśmy i że jesteśmy w piwnicy. Ogarnia mnie strach. Znając moją nad wyraz bujną wyobraźnię, zaraz zacznę sobie wyobrażać niestworzone historie o mafiach i gangach, których być może stanę się ofiarą. Mój rozum myśli trzeźwo, zdając sobie sprawę z zagrożenia, czego nie można powiedzieć o mojej duszy, która, mimo okoliczności, nadal jest w stanie harmonijnego upojenia. Zatrzymujemy się. Wydaje mi się, że to drzwi. Dostrzegam klamkę, zawiasy… Tak, bez wątpienia drzwi. Co jest w środku? Pułapka? A może kotłownia? W końcu to piwnica. Chwila prawdy. Naciskanie klamki przez panią w uniformie dłuży się w nieskończoność. I nagle szare ściany podziemi przyćmiewa blask kolorowej klasy. Wszędzie wokół porozrzucane są flamastry i zeszyty. Na ścianach wiszą prace plastyczne, wstążki, serpentyny i inne dekoracje. Półkę przy biurku zdobią piękne, złote chryzantemy. A dzieło wieńczy perfekcyjnie wypolerowana tablica. W ślicznych, drewnianych ławkach siedzą już uczniowie. Zastaję zupełnie milczenie i z nim też siadam przy jedynym wolnym stoliku. Czuję na sobie spojrzenia innych osób, lecz, jak mogłoby się wydawać, wcale nie są one złośliwe. Wiele razy zmieniałam szkołę. Raz było lepiej, raz gorzej, ale nigdy nie przyjęto mnie w taki dziwny sposób. Czy mam coś powiedzieć? „Cześć, jestem Ewa, a wasza szkoła jest pokręcona i totalnie nie wiem, co ja tutaj robię” Raczej nie. Więc milczałam. Dlaczego tu jest tak wesoło i barwnie, a tam na górze jedynym sensownym kolorem jest tło godła Polski? Czy oni muszą się ukrywać?

Moje rozmyślania przerywa odgłos otwieranych drzwi.

Na środku sali staje kobieta, po której wyglądzie stwierdzam, że najwyraźniej obrabowała jakiś sklep z materiałami. Spodnie w kropki, bluzka w kwiatki, a do tego cudowna pasiasta spódnica i wielka różowa kokarda we włosach. Zamurowało mnie. Co jeszcze tu dziś zobaczę? Lady Pończoszanka siada za biurkiem i dopiero otwierając dziennik, dowiaduje się o moim istnieniu. Wita mnie, mówi, żebym czuła się jak w domu i takie tam. Znam te formułki na pamięć. Wreszcie zaczyna się pierwsza lekcja – historia. Temat: Dynamiczny rozwój medycyny – lata 50. XXI wieku. Przepisując, orientuję się, że coś jest nie tak. Zaglądam do podręcznika. Temat identyczny. Nie, tu musi być błąd, jakaś literówka. Przecież nie było jeszcze lat 50 XXI wieku! Patrzę na okładkę książki. Wielkie, czerwone litery informują: „Historia przyszłości. Podręcznik autorstwa wróżbity Macieja Skrzątka.” No to pięknie. Przyszłość w pigułce. Chyba zwariuję…. „W 2038 roku zostanie wynaleziona szczepionka na raka, dzięki niej zwiększy się liczba ludności na świecie. Skutkiem tego będzie….” Zorientowałam się, że nauczycielka już dawno rozpoczęła lekcję i klasa właśnie kończyła pisać drugi punkt. Udając, że notuję, bazgroliłam przez jakiś czas w zeszycie serduszka i gwiazdki. Jestem zbyt oszołomiona, by skupić się na ciągach literek. Nagle z transu wyrywa mnie…. cisza. Tak, idealna, prawie niespotykana w szkołach cisza. Rozglądam się. Moje oczy zatrzymują się na nauczycielce, która uważnie wpatruje się w podłogę. Wychylam się z ławki. Jedna z klepek parkietu jest całkiem biała. Co jakiś czas przelatuje tylko przez nią, pojawiająca się znikąd, fioletowa smuga. Kobieta stuka trzy razy w klepkę obcasem buta z wężowej skóry, a ona wyskakuje z podłogi, pchnięta jakąś niezidentyfikowaną siłą wprost w dłonie nauczycielki. Na chwilę odrywam od niej wzrok i zdaję sobie sprawę, że ten widok szokuje tylko mnie. Seniorita Kleks woła do siebie ucznia o imieniu Mateusz. Rozpoczyna się odpowiedź ustna. „Mateuszku, pokaż mi proszę jak zobaczyć rok 2051?” Chłopak wykonuje pięć okrężnych ruchów ręką nad kawałkiem parkietu, po czym podrzuca go i łapie z powrotem. Na prowizorycznej szklanej kuli pojawiają się kolory, ale obraz jest jakby zamazany. „Anetko, pomóż proszę Mateuszkowi, bo mu nie wychodzi, a ty i Paulinka dostałyście piątki z ostatniego sprawdzianu.” Mam nadzieję, że nie powie do mnie Ewuniu. Nienawidzę tego.

Reszta lekcji przebiega zwyczajnie, jeśli w ogóle historię przyszłości można uznać za zwyczajną. Nie jest aż tak źle. Nawet mi się tu podoba. Warto spróbować czegoś innego przez te parę miesięcy, bo pewnie potem znowu się przeprowadzę. Taki już mój los. Wyznaczony, niepodważalny i głuchy na prośby los. Przyzwyczaiłam się.

Zdjęcia: Jeffrey Hamilton on Unsplash
Edycja i korekta: Dorota Łaski