Brukselka na obiad

Znasz to uczucie? Wracasz do domu i wiesz, że będzie obiad. Zawsze jest. Ściągasz buty, rzucasz kurtkę, siadasz do stołu, oczekując naleśników z serem (ale bez rodzynek) a dostajesz rozgotowaną, niedoprawioną brukselkę i masz ochotę rzucić stołem.

Masz ochotę winić wszystkich dookoła. Matkę, za to, że nie domyśliła się, na co masz ochotę. Ojca, za to, że cię nie poparł. Wuefistę, za to, że dał ci tak w kość na lekcji i spotęgował twój głód. Marketingowców z popularnej sieciówki fast-food’ów, za to, że stworzyli świetną reklamę nowego burgera i zrobili ci smaka na coś dobrego, a nawet Boga, za to, że nie zesłał na ciebie łaski lubienia rozgotowanej, nie doprawionej brukselki albo na rzeczoną matkę — daru czytania ci w myślach. Bo przecież to, że na obiad dostałeś to, co dostałeś to zupełnie nie twoja wina.

Kelner? Macie naleśniki? 

Kiedyś można się było spodziewać konkretów w konkretne dni. Chciałeś naleśniki? Czekaj do piątku, bo wtedy mięsa nie uświadczysz. Nawet w pobliskiej jadłodajni. Jak nie naleśniki, to zawsze były knedle lub ryba (ponoć to nie mięso). Za to niedziela! Niedziela, dzień święty, w każdym domu słychać było młotki tłukące mięso na kotlety, a zapach rosołu pewnie roztaczał się za granicę państwa. Brak apetytu na rosół? A może smak na burgera w piątek? Sorry, nie ma, taki mamy klimat. Minęły lata i przyszła wolność. Wyboru. Każdego. Najpierw zachłyśnięcie się ilością. Bo jest wszystko i można wszystko, a najciekawsze było najmniej zdrowe — junk food i gotowce właśnie wjechały na polskie stoły.  W 1991 roku do parlamentu startowało 111 komitetów (weszło 29, z czego 11 po jednym mandacie), w tym Polska Partia Przyjaciół Piwa (16 mandatów), Polska Partia Bezdomnych (brak mandatów) czy komitet o obiecującej nazwie “Daj Nam Szansę!” (również zero mandatów). Każdy próbował swoich sił, ale nie każdy głosował. Teraz nastała moda na eko. Na świadome podejmowane wybory, zdrowa dieta fit, ale też na skupienie się na sobie. Zajęliśmy się podejmowaniem decyzji, które przede wszystkim dotyczą bardzo wąskiego kręgu dookoła nas. Czy głosujemy częściej? Niestety nie, choć teraz mamy jeszcze szerszy wybór. Jasne, z wolnością przyszedł też wybór, żeby nie głosować wcale, ale z tymi wyborami to trochę tak jak z tym obiadem. Nikt go za ciebie nie zrobi, a jak już zrobi, to nie oczekuj, że będzie zrobiony pod ciebie.

Kelner? Menu!

Zacznijmy od jasnych i wyraźnych cyferek, zebranych podczas ostatnich pięciu lat. Wybory do parlamentu, czyli najwyższego organu przedstawicielskiego. Frekwencja z 2015? Ledwo ponad połowa uprawnionych. Prezydenckie? W świetle ustawodawstwa ważne mniej, w świetle funkcji reprezentacyjnej bardziej. Najwyraźniej to drugie przemawia do Polaków żywiej skoro do urn stawiło się 55% Polaków (choć to wynik dopiero w drugiej turze, ponieważ w pierwszej liczba nie przekroczyła połowy). Samorządowe w 2014 roku zainteresowały mniej niż połowę narodu, a o wyborach do Parlamentu Europejskiego wstyd mówić. Dlatego powiem. W 2014 niecałe 24%. Dwadzieścia cztery procent. Byliśmy czwarci od końca względem frekwencji. Rzadziej od nas głosowali tylko Węgrzy, Słowacy i Czesi. Stare przysłowie w XXI wieku zabrzmi trochę inaczej: “Polak, Węgier dwa bratanki i do urny i do szklanki”.

Dlaczego tak słabo? Dlaczego tak duża część społeczeństwa jest tym niezainteresowana. Nawet wyłączając chorych, niezdolnych bądź niemobilnych liczby wyglądają smutno i żałośnie. Teoretycznie byłaby możliwość ustalenia progu minimalnego jak podczas referendum, ale czy to rzeczywiście zmusiłoby Polaków do wzięcia udziału w wyborach? Według niektórych specjalistów kłóciłoby się to z prawem do wolności wyboru, a ponadto czy ciągłe powtarzanie wyborów, aż do uzyskania satysfakcjonującego procenta, nie byłoby jak znienawidzone kary w szkole czy na obozach, kiedy wszyscy musieli biegać dodatkowe kółka, bo kilka osób było za głośno? Wciąż i wciąż ciągalibyśmy tych już głosujących do komitetów, ale czy wywabilibyśmy z domu tych, którzy i tak w pierwszej kolejności z niego nigdy nie wyszli?

Kelner? Poproszę to samo, co tamten stolik!

Na Karaibach leży wyspa, a właściwie kilka. Państwo, które się na nich rozpościera ma zaledwie 90 tysięcy mieszkańców (połowa tego, co Bielsko-Biała), jest monarchią konstytucyjną, głową państwa (Boże, chroń) królowa Elżbietą II, a w 2017 jedna z dwóch głównych wysp została spustoszona przez huragan Irma. Główny przychód państwa to turystyka, dodatkowo świadczenie usług finansowych i internetowych, a także eksport rękodzieła czy komponentów elektronicznych. Ciekawostką jest fakt, że jego głównym importerem jest Polska (chociaż nie mamy w tym kraju ambasady). Państwo nazywa się Antigua i Barbuda i wyróżnia się czymś jeszcze. Czymś, czego importem również warto byłoby się zainteresować. Ten mały kraj, w którym brak przymusu wyborczego w 2014 roku podczas wyborów parlamentarnych miał frekwencję w wysokości 90,2%. W Polsce ten sam rodzaj wyborów w 2015 przyciągnął 50,9% uprawnionych do głosowania. Co robiliście tego dnia grupo 15 milionów ludzi?

Przymus wyborczy stosowany jest w 26 krajach. Najczęstszą karą jest grzywna, choć blisko w połowie przypadków złamanie przepisu nie jest egzekwowane. W Australii wymagane jest podanie powodu niemożności stawienia się podczas wyborów. W razie niezłożenia takiego wyjaśnienia nałożona zostaje grzywna w wysokości 170 dolarów australijskich (około 455 zł). Co wybory zaledwie 5% uprawnionych nie stawia się do urn. W Unii Europejskiej również mamy przykłady przymusu wyborczego. W Luksemburgu czy Belgii w wypadku niespełnienia swojego obowiązku grozi grzywna, a w drugim z tych państw, w przypadku wielorazowego zaniechania, zawzięty obywatel może mieć trudności ze znalezieniem pracy. Natomiast w Grecji w teorii obywatele mają taki obowiązek, jednak nie jest on egzekwowany, więc średnio 61% obywateli staje do urn. Luksemburg i Belgia zajmują kolejno 2. i 3. miejsce w rankingu frekwencji w UE. Pierwsze należy do Malty, na której takiego obowiązku nie ma. Da się? Da.

Są na świecie też inne przykłady, z których można czerpać naukę. Somalia na demokratyczne wybory parlamentarne porwała się w 1984 roku, podczas których frekwencja wyniosła powalające 99,86% i zadowolenie płynące z tego faktu musiało być tak duże, że powtórkę zorganizowali dopiero w 2016 roku w formie wyborów pośrednich, po drodze tocząc wojnę domową. Wietnam i Laos są z kolei światowymi gigantami frekwencji, oba od 1992 osiągając za każdym razem wynik powyżej 99,1% z jednym laotańskim wyjątkiem, dwa lata, kiedy było 2% obywateli mniej. Niech żyje republika socjalistyczna w stylu azjatyckim.

Kelner? Jeszcze deser dla nas. I butelkę wina!

Polska nie oparła się ogólnoświatowym trendom. Zaufanie powierzone demokracji z roku na rok jest coraz mniejsze i o powodach pisane są obecnie prace naukowe, zjawisko to badane jest przez naukowców i nie mojej osobie jest dywagować czy większą winę ponosi populizm, kryzys (albo mniejszym eufemizmem — nagonka medialna) uchodźczy czy może ataki rosyjskich i północnokoreańskich hakerów.

Dużo łatwiej przedstawić wzór, określający to, czy pójdziemy do urn, czy też nie. A raczej głównie czemu nie. Pe razy be dodać de musi być większe od ce (PB + D > C), żebyśmy poszli głosować. P to prawdopodobieństwo, że twój głos będzie znaczący dla wyniku, B to korzyści dla ciebie lub społeczeństwa, płynące z tego, że wspierana przez ciebie partia zwycięży (np. 500+), D kiedyś było wartością demokracji samą w sobie lub obowiązkiem obywatelskim, ale od jakiegoś czasu jest to swego rodzaju gratyfikacja, zarówno personalna, jak i społeczna. Może to być poczucie wyższości (tak, głosowałam/em) czy przynależność do elitarnej grupy, jaką są (?) wyborcy. Suma tych zmiennych musi być wyższa od C, czyli czasu, wysiłku i kosztów, który trzeba ponieść, by oddać głos. Milioner, który spędza wakacje pod palmą z pięknymi modelkami nie przerywa urlopu tylko po to, by oddać głos, a pracownik zarabiający mocno poniżej średniej krajowej, do którego portfela nie przemawia program żadnej z partii, nie pozbawi się możliwości zarobku, żeby zakreślić blankiet.

Milionera, w jego mniemaniu, prawo nie dotyczy w równym stopniu co przeciętnego Kowalskiego, wierzy w wyższość pieniądza nad… wszystkim innym. A szeregowy pracownik może żyć w zgubnym przekonaniu, że polityka go nie obchodzi, bo to nie jest jego interes. Niewiele jest większych bzdur na tym świecie. Pozwalają, żeby decyzja została podjęta bez nich, ale prawdziwe życie pokaże, że brak decyzji, to również decyzja i trzeba liczyć się z jej konsekwencjami.

Polityka dotyczy każdego z nas.  Rezygnowanie ze swojego prawa do głosowania jest jednoznaczne z rezygnacją z prawa do narzekania.

Więc skoro nikt nie wiedział, na co masz ochotę, nie dziw się, że męczysz się z przełknięciem brukselki.

Kelner? Rachunek!

Może nie zawsze dostaniesz naleśniki. Może nie zawsze w domu będzie mąką, jajka czy mleko. Może czasami zdarzyć się, że jedyne co zostało w lodówce to znienawidzona przez ciebie brukselka. W twoim interesie leży zadbać o to, żeby przez następne cztery czy pięć lat nie musieć jeść codziennie zielonych, małych móżdżków na obiad. Zrób wszystko, co możesz, czyli podejmij działanie i wybierz, i nawet jeśli czasami to wszystko nie wystarczy, by wynik był satysfakcjonujący, potraktuj to jako nauczkę, by następnym razem zrobić to wszystko wcześniej. Żeby następnym razem, na pewno było tak, jak chcesz.

Twój głos to twój obiad, a obiad to to, co daje siłę, by stawiać kolejne kroki, więc o niego zadbaj. O swoje trzeba walczyć, o swoim trzeba mówić, na swoje trzeba głosować. Nikt nie zrobi tego za ciebie.

Głosuj.

 

Edycja i korekta: Dorota Łaski
Zdjęcie: pixabay.com