Pan i Panie Smith

"Mayday" to przede wszystkim komedia o braku umiaru - w kłamstwach, przekrętach, w życiu i pożyciu… i (niestety) również w samej komedii.

Można by powiedzieć, że „Mayday” to niekończąca się farsa. Dzieło Raya Cooneya zyskało sobie, za sprawą niezliczonych adaptacji, uwielbienie widzów na całym świecie. Oczywiście nie bez kozery; podczas naszego spotkania z wizją reżyserską Witolda Mazurkiewicza, która powitała w Teatrze Polskim rok 2019, cała sala huczała od śmiechu. Nawet w nielicznych chwilach ciszy dało się wyczuć wręcz namacalne oczekiwanie na kolejny żart, kolejną okazję do rozluźnienia się. I tak się „Mayday” oglądało – od chichotu do rechotu, od kawału do dowcipu… a między nimi czekanie.

Jako że na spektakl dotarliśmy z niemałym, ale i nie za dużym zapasem czasu, zajęliśmy nasze miejsca na balkonie i oboje zaczęliśmy podświadomie taksować spojrzeniem scenografię, (która, tak na marginesie, wcale uwagi się nie domagała). Mieliśmy przed sobą prostą, niemalże dziecięcą atrapę salonu: prawa ściana pomalowana na niebiesko, środkowa na zielono, lewa na pomarańczowo; to samo z podłogą. Do tego symetrycznie ustawione fotele, drzwi, rolety i stoliki, a pośrodku, jako łącznik między tymi trzema strefami, obszerna kanapa. Scenograf Jerzy Rudzki postawił na minimalizm – i bardzo dobrze, bo przyjemny w odbiorze wystrój nie dopraszał się uwagi widza ani nie przytłaczał symboliką. O czym szeptały niby-przedszkolne ściany? Tego mieliśmy się niebawem dowiedzieć.

W życie Johna Smitha (zgodnie z zasadami wymowy teatralnej: „Smysa”), londyńskiego taksówkarza, wkraczamy w momencie, gdy zamiast przewozić pasażerów, Brytyjczyk kursuje od mieszkania jednej żony do mieszkania drugiej. Tutaj rozwiewa się otoczka tajemnicy spowijająca dotychczas znaczenie scenografii – zostaje nam zaprezentowane, że część niebieska jest azylem pierwotnej, z pozoru bardziej ułożonej pani Smith; część pomarańczowa to terytorium nieokiełznanej pani Smith „na boku”; część zielona służy zaś za ziemię niczyją. W wyniku niefortunnego wypadku obrazek monogamicznego małżeństwa Smithów zaczyna sypać się kawałek po kawałku, a sam John wpada w wir kłamstw, od którego nie uratują go nawet starannie wytyczone granice.

Pierwszą część perypetii londyńskiego taksówkarza ogląda się, co by tu nie mówić, wybornie. Kreacje aktorskie – przerysowane, jak na teatr przystało – bawią i angażują, a każdy wyraz zdumienia pojawiający się na twarzach aktorów po usłyszeniu przećwiczonych kwestii jest wystarczająco wiarygodny, by dać uciechę widzowi. Na jeden nietrafiony dowcip przypada tutaj dziesięć salw śmiechu, do których trudno się nie przyłączyć. Tak też chłonęliśmy ponadnormatywną dawkę humoru aż do antraktu.

Potem szaleństwo było jeszcze większe, gdyż w ratowanie Johna Smitha włącza się Stanley – bezrobotny przyjaciel i jednocześnie sąsiad. Od tego momentu można było mimowolnie odnieść wrażenie, że owemu przyjacielowi nieraz bardziej zależy na utrzymaniu sekretu niż samemu taksówkarzowi. Fabuła ustąpiła miejsca absurdalnym kłamstwom, oddalającym obie żony od prawdy. Smith i Stanley posuwają się do wymyślania jeszcze bardziej absurdalnych historii, wprawiających w śmiech całą salę. Nierzadko można było pomyśleć, że historyjki prezentowane żonom przez taksówkarza są bardziej okrutne niż przyznanie prawdy.

Aktorzy swą wyborną grą spisali się rewelacyjnie. Sławomir Miska wcielający się w rolę taksówkarza zagrał tak autentycznie, że z każdym kłamstwem dopadała nas jeszcze większa ochota, aby wyjść na scenę i wykrzyczeć prawdę. Mary grana przez Orianę Soikę wzbudzała skrajne emocje, od uwielbienia po irytację, a Barbara, w której postać wcieliła się Anna Guzik – Tykla urzekała pewnego rodzaju opanowaniem i dojrzałością. Równie zachwycający okazał się Michał Czaderna, który rewelacyjnie zagrał Stanleya.

Zabawne dialogi, mnóstwo dowcipów i przede wszystkim wybitna gra aktorska spowodowały, że ze spektaklu wyszliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni. Jak wiadomo nie każda komedia bawi. “Mayday” spełnił swą powinność jako farsa i charyzmą oraz żartami stanął na wysokości zadania. Czy zapadnie nam w pamięć? Pewnie nie – w końcu ileż razy można wracać wspomnieniami do wczorajszego ubawu, skoro „Mayday” nie ma do zaoferowania wiele ponadto. Oczywiście nie zmienia to faktu, że sztukę gorąco polecamy; wyszliśmy w dobrym nastroju, z myślą, że rewelacyjnie spędziliśmy wieczór.

Zdjęcia: Joanna Gałuszka
Edycja i korekta: Dorota Łaski