Do celu!

Muszę kontrolować swoje ciało, żeby kolejne decyzje w stu procentach pochodziły ode mnie, a nie były kwestią przypadku. Rozmowa z Marzeną Daduń – łuczniczką, rekonstruktorką i artystyczną duszą w jednej osobie.

Marzena Daduń – zapalona łuczniczka i rekonstruktorka dawnych łuków. Zawodniczka klubu LUKS Orlik Goleszów. Urodzona w Cieszynie, gdzie skończyła Technikum Budowlane im. gen. Stefana Grota Roweckiego. Studentka Wydziału Artystycznego Uniwersytetu Śląskiego na kierunku grafika. Do jej najważniejszych sukcesów należy zdobycie mistrzostwa Polski studentów w Żywcu w 2016 i 2017 roku oraz drugiego wicemistrzostwa na mistrzostwach Polski seniorów w Dobczycach w 2017 roku.

Traktujesz łucznictwo jako sposób na życie?

Długo borykałam się z depresją. Leczyłam się kilka lat i tak naprawdę właśnie dlatego zaczęłam trenować. Początki nie były łatwe. Do osiemnastego roku życia miałam w domu zakaz uprawiania sportu. Moi rodzice nie życzyli sobie, żebym to robiła. Zresztą mieli zupełnie inną wizję mojego życia niż ja sama. Kiedy poszłam na studia, zetknęłam się z innym światem – takim, w którym realizuje się marzenia i robi to, co się kocha. Uświadomiłam sobie, że sama mogę decydować. Na początku bałam się przyznać, że strzelam. Bałam się, że ktoś przyjdzie i wytknie mnie palcem, mówiąc, że jestem przedszkolakiem, który bawi się w strzelanie z łuku. Ludzie zmieniają nastawienie, dopiero kiedy mówię, że wywalczyłam wicemistrzostwo Polski.

Dlaczego akurat łuk?

To rzecz, która po prostu od zawsze mi się podobała. Uczy pewności siebie i wyraża charakter.

Świadomość, że tak wiele różnych czynników ma wpływ na to, jaki strzał oddam, zmusza mnie do całkowitego wyłączenia się. Jestem tylko ja i mój cel, a dążenie do tego celu jest skupieniem się na prawidłowej postawie całego ciała.

Między innymi dlatego łucznictwo jest sportem, który bardzo odpręża, uspokaja i wycisza. Rzadko mówi się też o tym, że dobrze wpływa na zdrowie, zwłaszcza układ krwionośny.

Jednak łucznictwo nie od początku było dla Ciebie sportem?

Łucznictwo sportowe pojawiło się w moim życiu dopiero dwa lata temu. Jestem rekonstruktorką i prowadzę w Cieszynie zajęcia z „odtwarzania” dawnych łuków. Opiekuję się sekcją zajmującą się czasami między IX a XI wiekiem. Spotkania rekonstrukcyjne to było dla mnie jednak za mało, czegoś brakowało.

Twój trening polega tylko na strzelaniu czy chodzi o coś więcej?

Zaczynam od godzinnego treningu ogólnorozwojowego: bieg, rozciąganie ramion przez gumę rehabilitacyjną. Jednym z najważniejszych punktów jest lewa ręka – w czasie strzału musi być sztywna. Jest prosty i tani sposób, by to wyćwiczyć: trzymanie uniesionej butelki z wodą. Dużo biegam (a w Cieszynie cały czas jest pod górkę!) i jeżdżę na rowerze – choćby na uczelnię czy po zakupy. Oprócz tego jestem na diecie białkowej. Nie mogę doprowadzić do sytuacji, w której przy wystrzale dojdzie do przykurczu mięśnia, który spowodowany jest zazwyczaj właśnie małą ilością białka.

Na zawodach trwających trzy godziny oddaję mniej więcej dwieście pięćdziesiąt strzałów. Bardzo istotne jest, by każdy z nich był taki sam.

Nie masz wrażenia, że wiele osób wciąż utożsamia łuk jedynie z przeszłością?

Łucznictwo istnieje niemal od zawsze. W prehistorii łuk był człowiekowi potrzebny, by przeżyć. Każdy musiał umieć strzelać, bo każdy był łowcą. Używano także proc, kamieni. Później powstały kusze. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy pojawiła się broń palna, w Anglii zaczęto przywiązywać większą wagę do rywalizacji i rytualnych polowań z udziałem łuków.

Jakich łuków wtedy używano?

Wykorzystywano typowo angielskie longbowy. Dla mnie są one absolutnie doskonałe! Niektórzy eksperci twierdzą, że miały zasięg do pięciuset metrów, a nawet więcej. Do naciągu potrzebna była siła około siedemdziesięciu ośmiu kilogramów. Żeby więc go naprężyć, konieczna była specjalna gimnastyka: naciągnięcie do tyłu, przeniesienie całej siły na lewą nogę, czyli tak zwana kołyska, wyciągnięcie ręki do przodu. Niesamowity jest fakt, że aby strzał się udał, trzeba zaangażować dosłownie całe ciało. Z czasem łucznictwo stało się sportem dla elity. Obecnie, jak wiadomo, jest nawet jedną z konkurencji na igrzyskach olimpijskich.

Jak w związku z tym zmieniły się łuki?

Pojawiły się nowe typy, które nie zawsze były jednoczęściowe jak longbowy. Składały się między innymi z ramion, majdanu czy celownika. Łuk sportowy składa się z trzech części, choć czasem dodaje się stabilizatory do przodu i do tyłu. Wyróżniamy też łucznictwo bloczkowe. Ja sama strzelam właśnie z łuku bloczkowego. Chciałam go dziś zabrać ze sobą, ale stwierdziłam, że chodzenie z nim po mieście będzie wyglądało niebezpiecznie (śmiech). Istnieją jeszcze barebowy, które są łukami sportowymi, ale zupełnie gołymi – bez dodatków takich jak celownik czy stabilizator.

Jakie predyspozycje są potrzebne, by strzelać?

Moim zdaniem?

Nie ma osób, które nie mogłyby zacząć. Na zawodach startują zarówno sześcio-, jak i siedemdziesięciolatki. Często ludzie przyjeżdżają całymi rodzinami.

Mam kilku znajomych na wózkach, którzy strzelają z łuków bloczkowych i są w kadrze Polski. Codziennie widzę, jak niesamowity poziom reprezentują.

Twoim autorytetem jest Robin Hood czy Legolas?

Trzy strzały na raz?  Próbowałam i w realnym świecie nie robi to takiej furory (śmiech). Autorytetem jest dla mnie moja pani trener – piętnaście lat z rzędu jest mistrzynią Polski i jako pierwsza Polka zdobyła mistrzostwo Europy w łucznictwie bloczkowym. W ogóle się tym nie chwaliła! Na mistrzostwa do Rosji pojechała z łuczkiem bloczkowym dla dzieci. Ludzie patrzyli na nią dziwnie, ale ona nie zwracała na to uwagi. Wiedziała, na co ją stać. Podziwiam ją, bo wie, czego chce. A chce łucznictwa.

I pewnie umie świetnie motywować?

Kiedyś na zawodach nie potrafiłam złapać postawy łuczniczej. Czułam się niekomfortowo, przebierałam nerwowo nogami. Byłam wtedy w klubie dopiero od trzech miesięcy. Ona siedziała w loży sędziowskiej i widząc mnie, krzyknęła: „Nie przebieraj tymi nogami jak kaczka po lodówce!”. Popatrzyłam na nią zupełnie zdezorientowana. Jednocześnie rozbawiło mnie to, przestałam się przejmować i… naprawdę poczułam się dużo pewniej.

Wiesz już, co ma kaczka do lodówki?

Do dziś nie mam pojęcia… Ale grunt, że zadziałało! (śmiech)

Wywiad ukazał się w #09 magazynie redakcjaBB.

Korekta: Agnieszka Pietrzak
Zdjęcia: Małgorzata Tomczak