Bezpardonowy rockman czy wrażliwy erudyta?

W szczerej rozmowie o PRL-u, Jezusie, emigracji i oryginalności „Piekar” wyjawia, co siedzi w głowie ikony polskiego rocka.

Mateusz Antczak: Proponuję trochę „mistyki” na początek. Chciałbym nawiązać do wróżby, którą usłyszał Pan we wczesnych latach swojego życia od pewnej Romki.

Marek Piekarczyk: Kiedy byłem młodym chłopakiem, hipisem, spałem raz na ławce na rynku w Bochni. Obudziły mnie Cyganki, które zaproponowały, że za darmo wywróżą mi przyszłość. Bez wahania się zgodziłem. Pochyliły się nad moimi dłońmi i wtedy jedna z nich powiedziała, że w wieku trzydziestu lat rozpocznę wielką muzyczną karierę oraz będę podróżował po świecie. Wydawało mi się to totalnie głupie, bo wówczas akurat zajmowałem się malarstwem i mało przejmowałem się swoim wokalem.

Lecz dwanaście lat później…

…dzień przed trzydziestką stałem na scenie w Sopocie w Operze Leśnej i przed wielotysięczną publicznością improwizowałem „Bluesa o Trzech Zapałkach” razem z największym odkryciem muzycznym w tamtym okresie – zespołem TSA.

A więc jaka jest definicja sukcesu?

Jak śpiewał Czesław Niemen: „Sukces to znaczy zamknąć ciebie w swych ramionach”. Miłość jest sukcesem! Rodzina, przyjaźń, praca, która daje ci przyjemność.

A pieniądze?

Pieniądze to środek umożliwiający realizację celów, ekwiwalent pracy. Są one bardzo potrzebne we współczesnym świecie, ale nie powinny stanowić dla nas najwyższej wartości. Niestety często o tym zapominamy.

Po występach TSA w trakcie stanu wojennego wyciągał Pan z furgonetek ZOMO kobiety zgarnięte przez nietrzeźwych mundurowych. Kilkanaście lat później przerwał Pan koncert w katowickim Megaclubie, gdy tłum zaczął unosić na rękach bezbronną dziewczynę. U pochłoniętych sławą muzyków, taka wrażliwość na losy „szarych” ludzi jest rzadkością.

Jestem pacyfistą i nigdy nie będę na coś takiego zezwalał. Zbyt wiele razy widziałem tragiczne zakończenia tych samobójczych zabaw. Nieuniknione jest, że przy takiej głupocie ktoś zostanie kopnięty glanem w twarz. Raz nawet na moim koncercie tłum wyrzucił dziewczynę przez barierki i ta upadła na metalową balustradę, łamiąc kręgosłup. To był koszmar.

Zastanawia mnie, jak wysoką cenę płaci artysta, który 13 grudnia 1981 roku – w dniu wprowadzenia stanu wojennego – jest w trasie z zespołem TSA i z racji umówionych koncertów nie może wrócić do domu, a w ciągu następnego roku gra ich około trzystu.

Po latach dochodzę do wniosku, że była to tylko strata czasu. Po co my wtedy graliśmy? Nie mam pojęcia, przecież całą kasę zgarniali komuniści. Jakby policzyć wszystkie sprzedane bilety, to wyszłaby naprawdę gruba suma liczona w milionach, a my zarabialiśmy stawki amatorskie – równowartość dwóch wejściówek. Obskubali nas jak małolatów, którzy dostawali mniejsze pieniądze, niż techniczni sceny.

A jak wyglądały te koncerty?

Byliśmy wożeni jak zwierzęta w cyrku, kompletnie odseparowani od ludzi. Kordony milicji i ZOMO transportowały nas do hali, nadzorowani wchodziliśmy do garderoby, a z niej na scenę. Tam witał nas ryk tysięcy osób i rozpoczynała się masakra. Milicja biła zgromadzoną publiczność, kazali nam schodzić ze sceny, potem na nią wracać i tak w kółko. Po wszystkim najczęściej byliśmy jeszcze zmuszeni szukać pasztetówki na dworcach, bo nie mieliśmy żadnego jedzenia. Do tego nie mogliśmy mieszkać w tym samym mieście, gdzie odbywał się koncert, bo wiązać by się to mogło z rozróbami.  Pamiętam, jak w Bydgoszczy fani po występie gonili nas samochodami, motorami, a nawet i rowerami. Chowaliśmy się w jakiś uliczkach, a potem i tak pod hotelem czekało około 20 groupies, które zawsze wiedziały, gdzie mieszkamy.

Łatwo jest rock ‘n’ rollowcowi oprzeć się pokusom, jakie czyhają na niego za każdym rogiem?

Ja się zainteresowałem kobietami, a moi koledzy pili — tak się podzieliliśmy „obowiązkami” (śmiech). Dzięki temu dalej śpiewam.

„Za każdym sukcesem mężczyzny stoi jakaś kobieta”. Zgadza się Pan?

Coś w tym jest. Kobiety wprowadzają w życie mężczyzny ład. Odzierają go z chamstwa i durnych, samczych zachowań.

W dzisiejszych czasach doszczętnej globalizacji, wszechdostępności, młodemu pokoleniu okres PRL-u wydaje się kompletnym science-fiction. Jak wspomina Pan pierwszy zagraniczny wyjazdu z TSA do Berlina Zachodniego?

To był czad! Okazało się, że mamy jechać w trasę dookoła świata z Venomem — obrzydliwa muzyka, turpistyczne klimaty, no ale dookoła świata. Jak to brzmi! Koncert w Zachodnim Berlinie zorganizowany był przez firmę zajmującą się trasą. Chcieli sprawdzić, czy ktoś w ogóle przyjedzie z tej zapyziałej Polski i przekonali się. Do Niemiec wjechałem ja, perkusista i basista. Pamiętam, że Stefanowi Machelowi zabrali wtedy paszport. Kuriozum. Jakiś oficer SB wydał nakaz zabrania dokumentu, a Pani Zosia z urzędu wzięła papierek i koniec. To miała być nasza wielka szansa, dziennikarze na Zachodzie pisali wtedy o przyjeździe świetnie brzmiącego TSA.

Koncert rockowy bez gitarzysty?

Na szczęście przyjechał Grzegorz Skawiński i jeszcze gitarzysta z Dr. Hackenbusha, ale oni nie umieli grać naszych utworów. Musiałem dwie godziny improwizować, gimnastykując się we wszystkich językach świata. Kiedy po występie właściciel klubu dowiedział się, że nie znałem tekstu ani jednej piosenki, i wszystko zmyślałem, wręczył mi ogromnego, szklanego buta napełnionego piwem. Skawiński ma nagrane to wszystko na kasecie i zawsze, jak się widzimy, to powtarza mi, że jak ma dół, to włącza ją sobie i o zapomina o całym syfie świata(śmiech).

A jak wspomina Pan spacery po Berlinie?

To było coś niesamowitego, nierealnego! Zupełnie inny świat, który potem nawiedzał mnie w snach. Nie mieliśmy żadnej kasy i snuliśmy się po ulicach patrząc na niedostępne dla nas cacka na wystawach. Brat postanowił wtedy sprzedać złoty kolczyk za cztery marki. Stwierdziłem, że nie mamy nic do stracenia i wziąłem te marne pieniądze, z którymi udałem się do kasyna. Zagrałem w ruletkę, postawiłem na „13” i wygrałem! W ten sposób mieliśmy za co zjeść (śmiech).

Historia jak z hollywoodzkiego filmu (śmiech). Czyli decydującym czynnikiem, który zahamował karierę TSA na Zachodzie, był ustrój panujący w Polsce w latach 90. XX wieku?

Oczywiście. Muzycznie byliśmy świetni. Na przykład, kiedy graliśmy trasę z Nazareth, po usłyszeniu nas na próbach zmienili swój repertuar – z niezbyt wyrazistych piosenek na ciężkie, głośne utwory. Potem jak wrócili na Zachód, to opowiadali o nas i tak rósł mit TSA za granicą. Później Iron Maiden przyjechało do Polski i pierwsze co zrobili, to pytali o nas. Koniecznie chcieli się z nami spotkać, ale w PAGART-cię powiedziano im, że TSA już nie ma, co oczywiście było kompletną bzdurą. Polacy nie wykorzustują swoich szans! Jugosłowianie zrobili wielką karierę, bo potrafili wykorzystać wojnę, krwawą rzeź, która skupiła na nich uwagę świata. W ten sposób międzynarodową sławę osiągnął na przykład Bregović.

Akurat historią wstydzić się nie musimy.

Owszem. Mamy piękną przeszłość – obaliliśmy komunizm, cały świat zachwycał się Solidarnością, byliśmy modni. Zachód interesował się TSA, mówiono o nas, że gramy poetycki hard rock z elementami folku. Coś, czego jeszcze nie było! Tak twierdzili dziennikarze, którym udzielałem wywiadu w Belgii, Holandii, czy Niemczech. A u nas? Mówiono, że jesteśmy marną podróbą AC/DC. W naszym zakompleksionym kraju nie ma systemu, który pozwoliłby stworzyć coś nowego, co można by wysłać w świat i dobrze sprzedać. Funkcjonuje u nas rachityczny „srołbiznes”.

Obecnie praktycznie jedyne znane na świecie, polskie zespoły – Behemoth oraz Vader, również nie mogą szczycić się popularnością w naszym kraju.

Masz rację, ale to są sataniści. Być może jest to ciekawe dla tych, którzy lubią taką muzykę. Ja nie uważam ich za nic oryginalnego. I tak Darski jest już bardziej popularny w naszym kraju, bo był w Telewizji.

Zostawmy, póki co kraj mlekiem i miodem płynący, a przenieśmy się za Atlantyk. Na początku lat 90. wyemigrował Pan do Nowego Jorku. Co dzieje się w duszy człowieka, który zapełniał hale, postrzegany był, jako wielka gwiazda, a naraz zmuszony jest pracować w zapomnieniu nad elektryką, w którymś z amerykańskich budynków albo ubierać choinki na Manhattanie?

Wyjechałem na koncerty do Stanów, po czym okazało się, że nie mam już po co wracać do Polski. Ściągnąłem rodzinę i zamieszkaliśmy w USA. Wszystkie prace, których tam się podejmowałem, to był mój wybór. Dostawałem masę propozycji, aby grać po barach mlecznych dla Polonii – jakieś chałtury, często z playbacku. To nie były złe pieniądze, ale na coś takiego nigdy nie pójdę. Mam swoje zasady. Jestem zdrowym mężczyzną, więc poszedłem do roboty — musiałem utrzymać żonę i dzieci. Nie obchodziła mnie moja przeszłość, liczyła się tylko tamta chwila i nie było przebacz. Zresztą, nie płakałem z tego powodu. Lubię pracować. Swoje obowiązki wykonywałem sumiennie i dorobiłem się dobrych zarobków, a przy tym spotkałem wiele ciekawych osób. Szczerze mówiąc, to nawet nie tęskno mi było za tymi halami.

To, co skłoniło Pana do powrotu?

Namawiać zaczął mnie RMF wraz z fanklubem. W tamtym okresie miewałem również sny z Jezusem w roli głównej. Potem Stefan Machel miał wypadek i jeszcze zalała go powódź — zacząłem grać koncerty charytatywne. Zbierałem pieniądze również dla dzieci Ryśka Riedla, którym świat zawalił się po śmierci ojca.  Później i moja rodzina się rozleciała, dlatego nic już nie trzymało mnie w Stanach. Wróciłem do Polski, a na miejscu okazało się, że oczywiście wszyscy się ze sobą na nowo pokłócili, przez co zmuszony byłem grać z Nowakiem…

Zmuszony?

Nie miałem wyjścia. Jak przyjechałem nie było już ani Stefana, ani Janusza Niekrasza. Z Kapłonem też się pożarli, a Nowak oszalał. Chodził z sygnetami, w gębie cygaro – wielki Amerykanin. Do tego wszystkiego chlał na potęgę. To było poronione. Grał z nami Bejbi (przyp. red. Paweł Mąciowoda, obecnie Scorpions) – świetny basista. Za perkusją zasiadł Duane Cleveland. Nasz manager Rzehak ściągnął do zespołu jeszcze Tośka Degutisa, który niestety już wtedy przechodził zmiany psychiczne i trudno było się z nim dogadać. To nie miało szans przetrwać.

Jak wyglądał Pański powrót na polską scenę muzyczną już wiemy. Ale interesuje mnie, jakie emocje towarzyszą Polakowi wracającemu z obczyzny.

To nie był dla mnie łatwy czas. Musiałem spłacić stare długi, żeby mnie nie zabili. Wszystko oddałem, ale zostałem z marną kasą — bez mieszkania i bez żony, z synem, z którym były problemy…  Za to Polska w tamtym czasie zachłyśnięta była kapitalizmem. Powstawało pełno rozgłośni radiowych i telewizyjnych. Wszyscy dookoła chlali, bawili się na potęgę. Szastali pieniędzmi na prawo i lewo. Wydawało im się, że Pana Boga za nogi złapali.

I jak odnalazł się Pan w tej zwariowanej rzeczywistości?

Było to trudne, ale udało mi się przetrwać. Przyjaciele paczkami przysłali mi w częściach moje studio nagrań z Nowego Jorku. Sprzedałem trochę sprzętu. Po za tym otrzymałem propozycję zagrania Jezusa  w rock-operze Jesus Christ Superstar [występ na Skwerze Kościuszki w 1999 roku z okazji pielgrzymki Jana Pawła II – przyp. red.]. Czasami też Skaldowie dawali mi zarobić, zapraszając mnie na wspólne koncertowanie.

A co z TSA?

Coś tam graliśmy, ale ja nie cierpię inercji, nieróbstwa. A to wyróżniało ówczesne TSA. I właśnie w Bielsku-Białej, po koncercie w RudeBoy powiedziałem Nowakowi, że zrobię wszystko, żeby się od niego uwolnić. Wtedy zacząłem myśleć o swoich projektach. Później spotkałem Tadzia Apryjasa i Jacka Borowieckiego — tak zaczęła się nasza współpraca. Z początku było trudno, mało ludzi przychodziło na nasze występy. Ale krok po kroczku doszliśmy do miejsca, w którym jesteśmy teraz. Nie ma co ukrywać, że dużo pomogła nam w tym telewizja.

Ma Pan na myśli udział w The Voice of Poland?

Tak, ten program mnie uratował. Producenci na początku, próbowali mną trochę manipulować — chcieli, żebym mówił to, co oni uważali za słuszne — ale ja byłem sobą i mówiłem co myślę. Wniosłem do telewizji popularnej świat, którego wcześniej tam nie było. To się ludziom chyba spodobało. Zanim zrobili ze mnie białego misia do robienia zdjęć, rozstaliśmy się z honorem.

Dużo furtek otworzyło się Panu po występie w programie?

Masa! Mam multum projektów i jeszcze więcej pomysłów. Aż nie mam czasu na realizację tego wszystkiego. Ciągle mnie ktoś zaprasza – gram z orkiestrą symfoniczną, piosenki Gintrowskiego, Skaldów, U2. Teraz wymyśliłem sobie jeszcze kwartet smyczkowy. Cały czas mam jakieś muzyczne przygody! Jednak największym zyskiem, jaki wyniosłem z The Voice, są wspaniali ludzie, których tam poznałem.

Mówi Pan o swoich podopiecznych?

Tak. To młodzi ludzie, ambitni i do tego utalentowani. Potrzebują kogoś, kto ich opieprzy, wytyczy ścieżkę, pokaże wartości, którymi powinni się kierować i mogą osiągnąć naprawdę duże sukcesy. Zawsze staram się zaburzyć im tę gładkość ogolonej twarzy. Powtarzam im też, że nie lubię niuniania się przed kamerami. Trochę inaczej jest z Natalią Sikorą – ją trzeba podtrzymywać na duchu. To charakterna dziewczyna, nieokiełznana. Na moich koncertach zaśpiewało przeszło 40 uczestników The Voice of Poland. Bywało tak, że — z racji zasad programu — musiałem wyrzucić pewne dziewczyny, a już na drugi dzień miały one występ u mnie i zaczynały zarabiać kasę.

Czyli paradoksalnie opłacało się odpaść (śmiech).

Oczywiście. Kwiaty, hotel, garderoba, catering, oklaski. Chciałem im pokazać, jak wyglądają prawdziwe koncerty, żeby rzeczywiście zasmakowali prawdziwej sceny. Nigdy nie robiłem tak, jak niektórzy moi koledzy z jury, którzy zatrudniali uczestników do swoich chórków. Mimo że śpiewali lepiej od „gwiazd”.

Na płycie TSA Live ’98, podczas wykonywania utworu Wpadka, imituje Pan kobiece jęki w trakcie seksualnych uniesień. Oryginalność artysty uzależniona jest od kontrowersyjności?

Wszyscy są oryginalni, ale nie każdy ma odwagę być sobą. To jest największy problem sztuki — naśladowanie innych, niewiara we własną tożsamość. Ludzie chcą się podobać. Boją się iść własną drogą, bo uważają ją za ryzykowną. Przyznaję, że jest to trudna ścieżka, wyboista, może nie dawać chleba, ale kiedy odnajdziesz właściwy kierunek i pozostaniesz na niej, wtedy dochodzisz do miejsca,  w którym już niczego nie musisz udawać. Nie zastanawiasz się, co powiedziałeś w wywiadzie, bo mówisz zawsze to, co myślisz. Śpiewasz o tym, co czujesz i co kochasz. Jest jeszcze jedna zaleta bycia prawdziwym i mało kto na nią wpadł – nie traci się głosu na starość (śmiech).

Wspomniał Pan już o Jesus Christ Superstar. Zastanawia mnie, jakie uczucia towarzyszyły Panu podczas wcielania się w najbardziej dramatyczną postać w historii.

To jest bardzo trudny temat. Granie Jezusa ociera się o szaleństwo, ponieważ tej postaci nie da się odtworzyć. Chrystusem trzeba bywać. Emocje towarzyszące mi podczas sztuki, kiedy stawałem się Synem Bożym, to prawdopodobnie najdziwniejsze uczucie na świecie. Nie da się tego opisać…

A jak wyglądały Pana przygotowania do tej roli?

Czytałem Biblię, apokryfy, studiowałem ikonografię, analizując mimikę i mowę ciała Chrystusa. Wiedziałem, co chcę wyrazić swoją grą.

A Pański warsztat aktorski?

Zdecydowanie największą trudność sprawiła mi technika. Jestem amatorem, przez co masę czasu musiałem poświęcić na nauczenie się specyfiki i przestrzeni sceny, albo ruchów. Uczyłem się na przykład chodzenia „w poprzek”. Kiedy cała rock-opera była w rytmie, ja jedyny się z niego wyłamywałem. To akurat był mój pomysł, ponieważ bardzo długo zastanawiałem się, jak ukazać kosmiczność postaci, jednocześnie nie zatracając istoty Jezusa. I udało się.

Były jeszcze inne sytuacje, w których zdecydował się Pan zmienić oryginalny scenariusz?

To, co najbardziej mnie raziło, to że tekst został napisany przez Baptystę i w nim Jezus śpiewa: „to wino tu, to mogłaby być moja krew”, a ja samowolnie zmieniłem na „to jest moja krew to jest moje ciało” itd. Było tam pełno takich pułapek. Wymyśliłem też, że głos śpiewającego Jezusa to siła i władza, dlatego w momencie, gdy zostaje on pojmany, wyzbywając się władzy i poddając chłoście, poniżeniu, a nawet śmierci — przestawałem śpiewać. „Miecz odłóżcie i do sieci, i do sieci wróćcie swych”, to ostatnia wokalna kwestia. Potem już tylko mówiłem. Koniec. Jezus oddaje broń.

A teraz zrujnujmy pewien mit. Ile jest w Panu bezpardonowego rock ‘n’ rollowca, a ile humanisty chcącego stawiać czoła coraz nowszym wyzwaniom?

Moja pierwsza miłość była tragiczna, za co jestem jej niezmiernie wdzięczny, bo właśnie przez tę dziewczynę nie zostałem magazynierem w Hucie Lenina. Zacząłem wtedy namiętnie czytać książki i poezję. W tamtym czasie obejrzałem masę filmów oraz sztuk teatralnych. Interesowała mnie rzeźba, namalowałem moje pierwsze obrazy, a także zająłem się wokalem. Starałem się na wszystkie możliwe sposoby wrazić swój żal.

Czy ten zraniony „koleś”, przez cierpienie, którego doświadczył, stał się erudytą?

To chyba za duże słowo, ale śmiało mogę powiedzieć, że nabyłem ogromną wiedzę we wszystkich dziedzinach sztuki. Dzięki temu, wiedziałem czego chcę na scenie.

I chciał Pan TSA?

Wybrałem ich dlatego, że był to najlepiej brzmiący zespół, jaki w życiu słyszałem. Przed wejściem do zespołu nie do końca wiedziałem, czym jest heavy metal. Nie znałem AC/DC, ponieważ interesowały mnie inne klimaty – The Rolling Stones, Led Zeppelin, King Crimson. Byłem także fanem jazzu. Jeździłem na wszystkie festiwale Jazz Jamboree, ale kiedy po raz pierwszy usłyszałem TSA na żywo, wiedziałem, że bezkompromisowo była to najlepsza forma wypowiedzi. Na początku śpiewałem teksty Jacka Rzehaka, które wydawały mi się takie jakieś surowe i zbyt dosłowne, ale miały dużą energię i siłę przekazu.

To w taki razie, jakie znaczenie ma dla artysty ma śpiewany przez niego tekst, który napisany został przez innego autora?

Jeżeli się z nim zgadzasz, to takie samo jak twój własny. Najważniejsze jest to, abyś słowami wyrażał siebie, abyś manifestował swoje poglądy i wizję świata. Do niektórych tekstów trzeba dorosnąć. Dopiero teraz, w wieku 68 lat, jestem w stanie wykonać Niektóre utwory na serio. Nie mogę za to wykonywać utworów, które są mi obce, które kłamią.

Jakiś przykład?

Ludzie jak dynie. To jest piosenka TSA, którą zaszantażowany przez zespół musiałem nagrać. Nigdy nie zaśpiewałem jej na koncercie (śmiech).

Porozmawiajmy teraz o innych utworach TSA. Już w XIX wieku Bolesław Prus w swoich kronikach zwracał uwagę na pochłaniający ludzkość wyścig — pęd za pieniędzmi, sławą. Wiele waszych piosenek (np. Maratończyk) także podkreśla tę tendencję. Kiedy skończy się nasz bieg? A może mety wcale nie ma?

Myślę, że pogoń za pieniędzmi nie ma końca. Tak już zostaliśmy skonstruowani – kierują nami żądze, jesteśmy grzeszni. Ale to dobrze. Dzięki temu nasza cywilizacja się rozwija. To prawda, że ludzie zatracili istotę życia. Zapomnieli, że pieniądze nie są żadnym bóstwem, a wyłącznie równoważnikiem naszego wysiłku. Bogaci kolekcjonują zera przed przecinkiem, jak niegdyś znaczki pocztowe, a to właśnie praca jest najwyższą wartością.

Zastanawiam się, ile dekadentyzmu jest w utworze 51?

Jest tam tęsknota, cierpienie i bardzo dużo żalu, ale czy przypisałbym go do dekadentyzmu? To jest raczej ludzka rozpacz, wywołana stratą bardzo bliskiej osoby. Ten tekst napisał Rzehak. Jest w nim o ćpunach, przez co trudno mi się z nim identyfikować – nigdy nie miałem „mdłych spojrzeń”.

51 mówi nie tylko o narkomanach.

Oczywiście. Poszukiwanie przyjaciela, czy idei. Użalanie się nad sobą, dlatego że nie potrafiliśmy docenić, tego, co mieliśmy, albo nie dostrzegaliśmy miłości, jaką nas otoczono. To do mnie trafia. Śmierć matki jest ogromną tragedią. Dlaczego? Bo mamy pretensje do samych siebie. Uderza nas świadomość, że już niczego nie naprawimy. Oni kończą swe męczarnie na świecie i udają się tam, gdzie są szczęśliwi. My zostajemy z poczuciem winy. 51 jest skowytem bezradnego człowieka. Ta piosenka nie ma końca.

Jak z perspektywy doświadczonego człowieka ocenia Pan młodość?

Gdy byłem małolatem cierpiałem na samotność. Teraz już wiem, że to uczucie jest nieodłączną częścią człowieczeństwa. Ludzie dzielą się na dwie grupy – tych, którzy wiedzą, że są samotni i tych, którzy jeszcze o tym nie wiedzą. Ale byłem mądrym chłopakiem i szanuję tamtego gościa. W ogóle twierdzę, że człowiek, który ma 16/17 lat jest w najlepszym okresie swojego życia. To wtedy jesteśmy czyści — chłoniemy wiedzę, mamy piękną wizję świata i ideały. Młodzi muszą to doceniać. Najważniejsze jest zrozumieć siebie i być uczciwym wobec tego, w co się wierzy. To może okazać się naszą jedyną siłą w dorosłym życiu. Kiedy nic nam nie wychodzi i mamy wrażenie, że wszystko jest przeciwko nam, wtedy właśnie wiara w te stare filozofie — w ten piękny młodzieńczy bunt — może nas uratować.

A w Panu pozostały te ideały sprzed pięćdziesięciu lat?

Oczywiście. Starość jest beznadziejna. Jedyne co trzyma cię przy życiu, to młodość. Jak stracisz te wartości, to już jest po tobie, bo zostanie ci cynizm, ironia, obojętność. A już najgorsze jest poczucie, że musisz sobie coś udowodnić. Wtedy zaczynasz szukać adrenaliny, podniecenia. Na przykład Proust, pisząc W poszukiwaniu straconego czasu, rozkosz znajdywał w nakłuwaniu szpilą szczurów. To jest obrzydliwa perwersja. Lepiej wrócić do tego człowieka, w nas, który był naiwny i piękny, a przez to najmądrzejszy.

Ten młody nie ma wad?

Ma ich kilka, z których najgorsza jest jedna. Ludzie nie rozumieją, że młodość to najkrótszy okres życia. Starość zaczyna się znużeniem i rozczarowaniem, nawet już koło trzydziestki. Ja na szczęście to wiedziałem i nie marnowałem tego pięknego czasu na alkohol, papierosy, czy narkotyki. Moi koledzy niestety postępowali inaczej. Odnosiłem wrażenie, jakby męczyło ich to, że mieli ogromną energię, perspektywę i te cudowne sny o lataniu, o kosmosie. Wszystko stało przed nimi otworem, a oni tylko psuli swoje zdrowie. Nie potrafili tego uszanować i nieograniczone możliwości przeszły im koło nosa. Teraz stali się zgnuśniałymi dziadami ze zwiotczałymi mózgami (śmiech).

Na końcu chciałbym dowiedzieć się, czy możemy spodziewać się w najbliższym czasie płyty Marka Piekarczyka z jego własnymi utworami.

Jak najbardziej! Mam dużo swoich utworów i ciągle powstają nowe. Wracamy co jakiś czas do studia i robimy nagrania, na którym pojawi się też kilka perełek klasyków polskiego rocka, jak Wymyśliłem Ciebie Dżambli. Tę piosenkę już niedługo będzie można usłyszeć w radiu.

W taki razie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko czujnie nasłuchiwać audycji. Dziękuję bardzo za rozmowę.

Ja również ci dziękuję.

 

Marek Piekarczyk

Legenda polskiej muzyki. Były wokalista heavymetalowego zespołu TSA, uważany za jednego z najwybitniejszych twórców tego gatunku w naszym kraju. Artysta w pełnym tego słowa znaczeniu. Oprócz komponowania i pisania tekstów piosenek zajmuje się także rzeźbą, malarstwem i teatrem. Wszechstronnie wykształcony pacyfista, który zaprzecza stereotypowi brutalnego oraz egoistycznego rockmana.

Wywiad z Markiem Piekarczykiem możecie przeczytać również w  #10 magazynie redakcjaBB.

Korekta: Agnieszka Pietrzak
Zdjęcia:  Krzysztof Grabowski, z Archiwum Metrum Jazz Club