Zośka idzie. Traviata

„Traviata” jest kolejną po „Nabucco” i „Rigoletto” operą Giuseppe Verdiego, którą miałam okazję zobaczyć w bytomskiej „Operze Śląskiej”. Dzieło Verdiego trzeba choć raz zobaczyć. Ta przepiękna muzyka, wysłuchana nawet wielokrotnie, nigdy się nie znudzi.

Historia miłości Violetty Valery i Alfredo Germonta wydaje się być na wskroś banalna. Akcja opery rozgrywa się w Paryżu. Libretto nawiązuje do powieści „Dama kameliowa” Aleksandra Dumasa (syna). Ona to piękna kurtyzana, on pochodzi z wyższych sfer, jest naiwny i beznadziejnie zakochany. Ich miłość jest niemożliwa do spełnienia, związku nie zaakceptuje jego ojciec, który nie wyobraża sobie kobiety o takiej przeszłości u boku swego dziecka. Piękna Karina Skrzeszewska (sopran) wcieliła się w postać uwodzicielskiej Violetty. Pochodząca z polsko-greckiej rodziny śpiewaczka jest kobietą z temperamentem, potrafi przekazać cechy granej przez sobie postaci. Dlatego trochę słabiej na tym tle wypada Łukasz Załęski śpiewający partię Alfredo (tenor). Miałam wrażenie, że w kilku miejscach jego głos nie sprostał wyzwaniu i brakowało mu tchu. Innym bohaterem tej opery jest ojciec Alfredo. Grający go Adam Woźniak (baryton) to nienaganny wygląd i mocne brzmienie.

Najsłynniejsze arie z I aktu „Un di, felice, eterea” i toast Libiamo”, nawet komuś, kto nigdy nie był w operze, wydadzą się dość znajome. Arie te zostały mocno spopularyzowane w ostatnich latach. Gdzieniegdzie było słuchać szepty młodych melomanów: „To znam z reklamy”. Tańce, sceny zbiorowe, toreadorzy i… byk sprawiają, że przedstawienie ma dobre, szybkie tempo, a widz wielką przyjemność.

Za scenografię i kostiumy odpowiada Jadwiga Jaroszewicz. Jestem zdania, że opery, które powstały w XIX wieku należy wystawiać w kostiumach odpowiadających czasom ówczesnym i w scenografii nawiązującej do epoki. Widz przychodzący do opery chce zobaczyć pyszne suknie, krynoliny, cylindry, fraki i żaboty, peruki i sznury pereł. Violetta prezentowała się dobrze w długich powłóczystych sukniach. Pani Karina Skrzeszewska jest piękną kobietą, która wie jak nosić eleganckie stroje. Scenografia aktów, które rozgrywają się na balu (akt I i III), nie powaliła mnie na kolana, wyglądała dość skromnie. Nie podoba mi się tak bardzo daleko idąca umowność. Oczekiwałam większego przepychu, światła i bardziej dopracowanych dekoracji. Natomiast kolejne akty, które przenoszą widza w bardziej zaciszne i kameralne miejsca, lepiej oddają nastrój. Akt IV rozgrywa się na poddaszu, gdzie wszelkie odcienie szarości i minimalistyczne dodatki wprowadzają widza w klimat oraz przewidywalny koniec.

Przyjęcie opery w 1853 roku było dość chłodne, wręcz tragiczne. Niewyobrażalne było w tamtych czasach, by kurtyzana mogła zostać główną postacią opery. Zarzucano Verdiemu brak moralności i smaku.

„Traviata” ma wszystko. Dialogi, wyraziste postacie, przepiękne arie i dramaturgię od początku do końca. Nie trzeba być koneserem muzyki, żeby pokochać to dzieło Verdiego. Obejrzane przeze mnie przedstawienie dostarczyło widzom muzycznych wrażeń, co wrażliwsi uronili niejedną łzę. Tak potrafi działać ta muzyka, nawet jeśli w kilku miejscach nie było idealnie.

W okresie zimowym odbiór sztuki na żywo jest niestety dość często zakłócany przez kaszlących lub głośno wycierających nos widzów. Tu apel: Chorzy do łóżka!!!

 

Zdjęcie z profilu Kariny Skrzeszewskiej na Facebooku (Grzegorz Winnicki)
Korekta: Judyta Niedośpiał