NIEZŁE NOGI

Nie podobało mi się to, ale skoro wszyscy mówili, że to znaczy, że się komuś podobam – postanowiłam to zaakceptować. Im starsza byłam, tym częściej zaczepki przybierały formę „zwykłych” komentarzy. Tylko czy aby na pewno zwykłych?

Idę na spotkanie z przyjaciółką. Jest ciepły, słoneczny dzień, dlatego założyłam krótki kombinezon – czuję się tak pewna siebie, jak nigdy. Mijam grupę chłopaków mniej więcej w moim wieku. Niektórzy odwracają się za mną, chwilę później słyszę pogwizdywania. Jeden z nich krzyczy: Niezłe nogi, brałbym! Reszta się śmieje. Mogłabyś pokazać więcej, ślicznotko! Jak na zawołanie moja pewność siebie znika. Czuję dyskomfort, obrzydzenie. Żałuję, że wybrałam akurat taki strój. Może gdybym ubrała się zwyczajniej, ta sytuacja w ogóle nie miałaby miejsca. 

Wtedy też uświadamiam sobie, że takie przypadki zdarzają mi się, odkąd pamiętam. Tylko aż tak tego nie dostrzegałam – może dlatego, że wydawało się to niewinne, może żeby szybciej o tym zapomnieć, może przez to, co mówili inni. Bo przecież kiedy w przedszkolu chłopcy ciągnęli mnie za włosy, słyszałam, że to dlatego, że się im podobam. Że to „tylko zaczepki”. Dziecięce zaczepki. Wyrosną z tego. Ale z upływem lat te „dziecięce” próby zwrócenia na siebie uwagi nie mijały, zmieniały jedynie formę. W podstawówce były to na przykład przezwiska. Nie podobało mi się to, ale skoro wszyscy mówili, że to znaczy, że się komuś podobam – postanowiłam to zaakceptować. Im starsza byłam, tym częściej zaczepki przybierały formę komentarzy, często właśnie od zupełnie obcych mężczyzn na ulicy. Pojawiały się także pełne aprobaty gwizdy. A im więcej ciała odkrywał mój strój, tym więcej ich było. Czasami pojawiały się wyzwiska, a ja spędziłam wiele czasu, zastanawiając się, czy może nie są one prawdą. Zaczęłam wtedy rozważać, czy nadal powinnam je ignorować. Może to miało być miłe – ktoś docenia mój wygląd. Może nie powinnam czuć się obrażona. A jednak tak właśnie się czułam. Jak mięso na wystawie sklepowej, które zupełnie obcy mogli sobie bezkarnie ocenić. 

W ostatnim czasie coraz częściej mówi się o zjawiskach zarówno catcallingu, czyli komentarzy o charakterze seksualnym kierowanych do kobiet w miejscach publicznych, jak i wolf-whistlingu, czyli pogwizdywania na widok kobiety. Mogłoby się wydawać, że jest to zupełnie nieszkodliwe – w końcu czy kogokolwiek może urazić komentarz „ale talia” czy „zwykłe” gwizdanie? Może, ponieważ to przejaw seksizmu, który sprawia, że kobiety czują się postrzegane jedynie przez pryzmat ich ciał. To przede wszystkim niepokojące, a kiedy komplementy niepokoją – czy to przez ich treść, czy przez sposób wypowiedzenia – to raczej nie można ich nazwać komplementami. Fakt, że słyszy się je od zupełnie obcych mężczyzn na ulicy, zwiększa poczucie dyskomfortu i zagrożenia. Bo może zaczyna się od zaczepki czy komentarza, ale co, jeśli postanowią posunąć się dalej? I czy w takim razie kobiety ubierają się ładnie dla siebie, czy dla obcych ludzi na ulicy? Co, jeżeli cały czas są obserwowane, oceniane, taksowane wzrokiem? W takiej sytuacji niemal niemożliwe jest czucie się komfortowo i pewnie z samą sobą. Oprócz tego nie można nikomu powiedzieć, bo jakoś tak głupio – przecież nikt o tym nie rozmawia… W końcu to „nic wielkiego”, „tylko żarty”, „może miał na myśli coś dobrego”. Sprawcami catcallingu nie zawsze są obcy – czasami to ludzie ze szkoły lub pracy. Ale znajomość też nie daje prawa do takiego zachowania. Sprawia to, że zaczynamy się zastanawiać, czy kobiety mogą być doceniane tylko za wygląd. Czy ich wiedza i umiejętności nie są godne komplementowania? Niektórzy będą mówić, że to przesada. Ale każdy ma prawo do bycia szanowanym. 

W społeczeństwie panuje dziwne przekonanie, że wygłaszanie komentarzy na temat innych ludzi – ich zachowania, życia, wyglądu – jest normalne. Że wszyscy mamy do tego prawo. Być może ma to związek z ogólnym rozwojem technologii, internetu, mediów. Ludzie uważają, że skoro tyle osób udostępnia nam swoje życie w social mediach, wystawiając je na widok opinii publicznej oraz automatycznie zezwalając na komentarze, to można tak robić – nie tylko w internecie, ale również w realnym życiu. Jednak w obu miejscach jest to nieodpowiednie.  

Catcalling to zachowanie krzywdzące dla obu stron – sprawia, że kobiety czują się zagrożone oraz znieważone, a traktujący je przedmiotowo mężczyźni zaprzepaszczają szansę na udaną relację oraz tracą w oczach otoczenia, bo raczej nikt nie chce zadawać się z osobą nieokazującą szacunku innym. Słowa typu „fajny biust” nie są najlepszą rzeczą, jaką można powiedzieć do przypadkowej osoby przechodzącej obok nas na ulicy i – wbrew temu, co może się wydawać – nie są komplementem. Jeżeli naprawdę chcemy kogoś skomplementować, lepiej wybrać inny sposób. Wtedy wszyscy będą czuć się choć trochę bezpieczniej i lepiej – zarówno wśród ludzi, jak i sami ze sobą. 

Tylko czy jest jakiś sposób, aby to powstrzymać? Każda ofiara catcallingu ma prawo zareagować, pamiętając jednak o własnym bezpieczeństwie. Jeżeli napastników jest więcej, są silniejsi, agresywni lub pijani, dla własnego dobra lepiej odpuścić. Można odejść lub udać na przykład rozmowę telefoniczną. Odpowiedzieć na catcalling można poprzez żart lub zakomunikowanie, że „komplement” nam nie schlebia. Również świadkowie nie powinni pozostać bezczynni, a spróbować pomóc – skrytykować napastnika lub pomóc ofierze w bezpiecznym oddaleniu się od niego. 

Każda osoba, która padła ofiarą ulicznego molestowania – catcallingu, wolf-whistlingu czy jeszcze innej formy napastowania – ma prawo czuć, że to nie w porządku. Oczywiście, może jej to zupełnie nie obchodzić, ale nie musi na siłę udawać, że wszystko jest dobrze. Nie powinna „nabrać dystansu” czy „cieszyć się, że się komuś podoba”. Bo nikt nie jest przedmiotem i nie powinien być traktowany jak przedmiot. 

Artykuł ukazał się w 11. numerze magazynu redakcjaBB.

Korekta: Agnieszka Pietrzak
Grafika: Weronika Kucia

Teksty
Ola Haberny