Femme fatale w falującym kapeluszu – Tamara de Łempicka (cz. 1)

Paryż, lata siedemdziesiąte, ciepły letni dzień. Starsza pani podczas przechadzki ulicą z hrabiną Anne-Marie Warren przerywa ożywioną rozmowę o zdumiewających, nagich ciałach w najnowszej inscenizacji Hair i zatrzymuje się na Place de la Concorde. Nieruchomieje ku zdumieniu młodej przyjaciółki i mówi: „Trudno w to uwierzyć nawet teraz (...). Jak mogli ściąć głowę własnej królowej, a w dodatku bardzo dobrej matce?”.

Speszona hrabina po dłuższej chwili namysłu zdaje sobie sprawę, że starsza, doświadczona malarka, która zabiera wnuczkę na koncerty Beatlesów w Nowym Jorku, wspomina o losie Marii Antoniny ściętej gilotyną. O tym rozmyślała Tamara de Łempicka – pełna paradoksów, wyrazista, nowoczesna, ale przemilczana artystka dwudziestego wieku. Nie bacząc na najżarliwsze zalecenia epoki czy same założenia nurtów, Łempicka malowała i nadała kubizmowi finezję; swoistą dekadencką głębię, gdzie megalomania wzmagała się i zwracała się ku sobie. Dążyła do ponownego docenienia i przywrócenia doskonałości dawnych mistrzów – Michała Anioła, Vermeera. Choć estetyka tamtego okresu zupełnie różniła się od przyjętych przez nią ideałów, minął też pewien czas od opublikowania przez włoskiego ideologa Flippa Marinettego Manifestu futurystycznego, podkreślającego obecność nowych wyrazów w sztuce, ona wciąż pozostawała wierna estetyce renesansowej. Odrzuciła kult brzydoty, chcąc uwidocznić piękno piętnasto– i szesnastowiecznego malarstwa włoskiego, by wzbogacić współczesną estetykę o detale zmysłowości jakich brakowało u podstaw pejzażu modernistycznego. Świadczy o tym m.in dzieło Adam i Ewa.

Nim pojawiło się „de Łempicka”
Tamara de Łempicka, jak wiele kobiet z jej pokolenia, miało w zwyczaju kłamać o wieku, ale nie miejscu urodzenia. Nota biograficzna głosi: „urodziła się w Warszawie”, aczkolwiek świadectwa zawieranych w rodzinie małżeństw, akty zgonów, wspomnienia pasierbów czy zdjęcia rodzinne potwierdzają, że urodziła się w Moskwie – w mieście, gdzie żyło wielu zamożnych Polaków. Tamara ukrywała fakt, że matka poślubiła rosyjskiego Żyda, a przez całe życie podawała nieprawdziwe miejsce urodzenia. Jej dzień narodzin szacuje się na 11 maja 1895 bądź 16 maja 1898.

Matką artystki była bogata Malwina Dekler, a ojcem Borys Gurwik-Gorski, wpływowy kupiec. Miała także rodzeństwo: Adriannę i Stańczyka. Dziadek Malwiny od strony ojca podczas wojen napoleońskich wyjechał z Francji do Holandii, a potem do Polski, zaś gdy Malwina była młodsza, jej rodzice – Bernard i Klementyna Deklerowie – przenieśli się z Warszawy do Moskwy, bowiem Bernardowi powierzono kierownictwo tamtejszej filii banku, przypuszczalnie Credit Lyonnais. 

Dziad Tamary, Bernard Dekler, jest dobrze znany dzięki kilku wyblakłym sepiowym fotografiom, gdzie zasiada na barokowym, obitym aksamitem krześle, a marmurowy kominek za jego plecami śladami fresków na suficie zdradza źródła bogactwa Deklerów. Jak określała kobieta: „rodzinna historia klasy specjalistów, głównie bankierów i prawników”. W mitologii Deklerów Bernard zajmował miejsce jako szanowany żywiciel-człowiek. Klementyna natomiast z budowy była bardziej przystojna niż ładna. Wspominano ją jako utalentowaną poliglotkę, hafciarkę i pianistkę. Ilekroć babka potrzebowała wytchnienia od licznej i męczącej rodziny, zamykała się na parę godzin w salonie, by jego wnętrze wypełniały dźwięki wygrywanych na pianinie romantycznych utworów Chopina. Tamarze od czasu do czasu zdarzało się wślizgnąć do pokoju Klementyny, gdzie tylko ona była jej widownią, fantazjując o byciu wielką pianistką.

Rodowód Tamary w linii żeńskiej napawał ją dumą, jednak całkowite pomijanie przeszłości rodu Gorskich stanowiło kontrast do Tamary wspominającej o pochodzeniu Malwiny, bowiem pradziadkowie jej matki przybyli do Polski jako uchodźcy przed rewolucją francuską. Malwina posiadała trzy siostry i dwóch braci, którym Deklerowie zaszczepili ideały pracy dla zdobywania osiągnięć, a dziewczętom ideały pogodnej przynależności klasowej. 

Niedbały, świadomy bądź nie, stosunek Tamary de Łempickiej do mężczyzn z rodziny Deklerów podkreśla matriarchalny charakter tej rodziny, w której mężczyźni przewodzili jedynie formalnie, a władzę miały Klementyna, Malwina i jej siostra Stefania. Malwina czerpała największą przyjemność z wydawania przyjęć dla przyjaciół rodziny, będąc typową przedstawicielką swojej klasy; uczyła się w Szwajcarii na pensji panien z dobrych domów, wyjeżdżała do kurortów we Włoszech i Monako, a w sezonie bywała w Sankt Petersburgu na balach. Na nielicznych zdjęciach widać jej smukłą, aczkolwiek zmysłową sylwetkę, z wąską twarzą o dość szerokim nosie i pełnych ustach, które odziedziczyła po niej Tamara. Widoczna jest na tych fotografiach bijącą od niej spokojna pewność siebie. 

Borys Gurwik-Gorski był osobą nie tylko najdokładniej wymazaną z życia Tamary, ale też najstaranniej skrywaną tajemnicą. Do śmierci Tamara utrzymywała, że nie wie, co stało się z nie zapamiętanym przez nią ojcem, ale przeczy temu jedna z fotografii, do której była silnie przywiązana. Zrobiono je pod koniec lat dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku, na którym z początku byli oboje rodzice, jednak postrzępione brzegi fotografii i pozostała postać rozbawionej Malwiny wskazują na to, że Gorski wcześnie zniknął z życia córki. Rolę ojca przejął jej dziadek, Bernard Dekler, a później wuj – Maurycy Stiffner – gdy była dorastającą panienką. Zmieniająca się postać mężczyzny – ojca, wujka, dziadka – spowodowała obecna w życiu dziewczynki I Wojna Światowa i rewolucja październikowa. Zaskakujące jest to, że pośród wielu przykładów ojcowskiej srogości, Tamara wskrzesza rozczulające wspomnienie o sobie jako małym dziecku wesoło bawiącym się na kolanach ojca. Mieli każdego ranka odgrywać scenę, w której on „rozpieszczał ją” i „zmuszał, by spróbowała” wszystkiego po trosze, co podano na śniadanie, a co znacznie różniło się od rygorystycznych zasad wychowywania dzieci w tamtej epoce. 

Mimo że de Łempicka w młodym wieku była świadkiem radykalnej transformacji Rosji, znała już niestabilność rządów i granic. Choć urodziła się w czasach zaborów, po matce odziedziczyła silne poczucie tożsamości narodowej. Przynajmniej do 1912 roku matka i babka nalegały, by dziewczynka jak najwięcej czasu przebywała w Warszawie, a gdy jej zamożna rodzina wyrwała się z Moskwy, weszła do kręgów towarzyskich Warszawy. 

Arystokratyczność w każdym calu 
Codzienne życie Tamary odzwierciedlało zwyczaje panujące wśród Polaków z wyższych sfer – po każdej z czterech czy pięciu podróży rocznie do Wiednia, Paryża, Berlina bądź Sankt Petersburgu, czekała na nich w domu wyśmienita kuchnia paryska i apetyczne polskie potrawy, które później Tamara podawała na swoich kolacjach. Żywiołowa i egzaltowana dziewczynka lubiła także robić dowcipy – dwuzębnym widelcem potrafiła grzebać w listewkach skrzynek z lodem, a następnie celować w konfiturowe przekładańce i nabierać ich tyle, by móc podzielić się z resztą towarzyszy w drugim pokoju. Beztroskie dzieciństwo dziewczyny objawiało się nie tylko w jej wybrykach, ale i rozpieszczaniu przez babkę. Choć Adrianna była utalentowana w czytaniu i rysunku, to młoda Tamara nazwana została ryzykantką, a lekcje pianina, które brała parę lat, doprowadziły ją do poziomu rzemieślniczki-pianistki. Uważała, że „granie muzyki Chopina to nic wielkiego w porównaniu z byciem Chopinem”. 

Tamara uwielbiała zabawy, a także dekorowanie wnętrz, podobnie jak jej babka. Przyglądała się godzinami pracy kobiety, gdy zaś miała okazję, obmyślała plan, jak móc podróżować z krewną, bowiem chciała opuścić elitarną szkołę z internatem. Przed egzaminami wiosennymi podsłuchała, jak lekarz doradza zmartwionym rodzicom jej koleżanki, by zabrali chorą córkę do kraju o cieplejszym klimacie. Od tamtej pory symulowała problemy zdrowotne, aby co rok wyjeżdżać z babką do Włoch, co wpłynęło na jej późniejszą sztukę i uwielbienie renesansu. Artystka uważała to za symbol przekroczenia dzieciństwa i wkroczenie do królestwa dorosłości: sztuki i dekadencji. Dziewczyna podczas pobytu w hotelu w Menton poszukiwała różnych sposobów na spędzanie czasu poza strzelectwem i pływaniem, jednak nie sprawiały jej przyjemności, więc Klementyna najęła przystojnego, młodego Francuza, który miał nauczyć ją malowania akwarelą na desce i kamieniu. Malarka zastanawiała się wtedy: „Co jest piękniejsze: czyste barwy wybrzeża kładzione przeze mnie na płaskich kamykach, czy urocza twarz młodzieńca, który klęczy obok mnie, gdy maluję?”. Młody Henri podarował jej dwie sztalugi, ale przypisywała to nie hojności prababki, a uczuciom ofiarodawcy. 

Tamara wielokrotnie zaznaczała, że nie otrzymała jakiegokolwiek wykształcenia artystycznego przed rokiem 1920, za to twierdzenie Adrianny, że dziewczyna wykazywała talent od najmłodszych lat sugeruje zupełnie inaczej. Można więc przyjąć, że uprzywilejowana dziewczyna przyzwyczajona była do otrzymywania wskazówek na każdy temat, jakim się interesowała, a malowała nawet przed wyjazdem do Włoch, nim ukończyła dwanaście lat. Przeniesiono za ten czas Tamarę do Lozanny, szkoły, w której miała uczyć się etykiety czy najważniejszych języków europejskich. Misia Sert, jej przyjaciółka z Polski, opowiadała o niej: „Zbyt niecierpliwa, aby być uczennicą, lecz zbyt inteligentna, aby zadowolić się lichą edukacją”.

„Od razu się w nim zakochałam, bo był taki przystojny”
Dziewczynka często bywała w Sankt Petersburgu w ramach odwiedzin u bogatej ciotki i pokochała to miasto, toteż zjawiała się w nim, nawet gdy nie mogła się z nią wybrać matka, by odwiedzić wujostwo Stiffnerów. Zagubiona panienka została wkrótce zaproszona na „dorosły” bal kostiumowy, gdzie miała spotkać niemal całą śmietankę towarzyską. Dziewczyna zdawała sobie sprawę, że nie dorównuje jeszcze ogładą mieszkańcom stolicy, więc ukryła ciało pod strojem chłopki, którego autentyzm miały potwierdzić wprowadzone na salę dwie gęgające, ślizgające się gęsi. Niesamowicie rozbawiły towarzystwo; śmiał się z nimi do rozpuku cudowny Tadeusz Łempicki, przystojny dwudziestoletni prawnik, którego otaczały najatrakcyjniejsze kobiety z balu. Muskularny, choć tyczkowej budowy młodzieniec zaczesywał ciemne włosy na bok, a uwagę innych skupiał nieco ironicznym, zamyślonym, błękitnym spojrzeniem. Dorastającą Tamarę pociągała ta nonszalancja i beztroska mężczyzny w nienagannie wyciętym płaszczu i fraku. Jak określała malarka „(…) od razu się w nim zakochałam, bo był taki przystojny”. I choć była przekonana przez całe dotychczasowe życie, że zawsze dostanie wszystko od razu, wtedy zrozumiała, że będzie musiała się napracować. Przekalkulowała, że Thade będzie wart tego wysiłku. 

Korekta: Edyta Braun
Grafika: Giulia Tonet