‘Dźwięki muzyki’ (1965) – muzyka obezwładnia

Nikt – poza gwiazdą Christophera Plummera, która zgasła 5 lutego 2021 roku – nie był odporny na wiecznie zielone uroki przebojowego musicalu o siódemce śpiewających dzieci i ich niani Julie Andrews, w przeboju kasowym “Sound of Music” – “Dźwięki muzyki” . 

Według jakiejkolwiek rozsądnej analizy krytycznej, ‘Dźwięki muzyki’ to okropny film. Tytuł jest tak banalny, że można przeoczyć jego egzystencjalnie pedantyczną dziwność. Ze swoim nieprawdopodobnym scenariuszem, chociaż opartym na faktach, okropną grą aktorską i szokującą głupotą, ma wszystkie cechy czegoś, co pomimo początkowej popularności, powinno być zapomniane. Ale od dnia światowej premiery 56 lat temu, 2 marca 1965 roku, prawie wszyscy wiedzieli, że ‘Dźwięki muzyki’ to wyjątkowy film. Publiczność gromadziła się na nim jak ekstatyczni wierni na niedzielnym nabożeństwie, które nagrodziło ich oddanie szczytnym celem, pięknymi hymnami i anielskim chórem. Szybko sprawili, że musical stał najpopularniejszym filmem, którego blask został przyćmiony dopiero kilkanaście lat później przez ‘Gwiezdne Wojny’. Akademia Sztuki Filmowej pokochała ‘Dźwięki’, zgłaszając 10 nominacji. Film zdobył pięć Oscarów, w tym dla najlepszego filmu i najlepszego reżysera. 

50 lat po amerykańskiej premierze film nie tylko nie został zapomniany, ale znalazł się na trzecim miejscu pod względem wszechczasów wpływów ze sprzedaży biletów. Nosi etykietę ‘ukochanego klasyka’ – określenia, którego nikt, nawet najbardziej złośliwy krytyk, nie będzie kwestionował. Jedyną osobą, która podobno przeciwstawiła się ‘Dźwiękom muzyki’, był Kanadyjczyk Christopher Plummer, aktor, który grał barona Von Trappa. Aktor uparcie nazywał film ‘Dźwiękiem śluzu’ (The Sound of Mucus). Przyznał, że był pijany podczas kręcenia kulminacyjnej sekwencji i porównał pracę z ciepłą i sympatyczną Andrews do ‘uderzenia w głowę wielką kartką walentynkową każdego dnia’. Aktor mówił również o filmie, że jest ‘okropny, sentymentalny i lepki’. Zgadzam się z trzecim przymiotnikiem i trochę z drugim. Lepki na pewno. Ściska gardło nawet twardzielom – łzy spływają po policzkach, czy chcesz czy nie. Sentymentalny? Tak. Ale nie ma w tym ani krzty ironii.

Julie Andrews, świeżo po zdobyciu Oscara jako surowej niani w ‘Mary Poppins’, gra Marię – byłą zakonnicę, pełną misjonarskiego zapału w ratowaniu kapitana marynarki wojennej (Christopher Plummer), austriackiego wdowca, który potrzebuje jej zapału i mądrości, aby przywrócić mu człowieczeństwo. Maria podejmuje pracę z zrzędliwym, a jednocześnie nieziemsko przystojnym wdowcem, który ma siedmioro dzieci. Kapitan jest irytujący, komunikuje się z pociechami w wymyślny sposób, za pomocą gwizdka bosmana. Maria zostaje ich dwunastą guwernantką (w rzeczywistości dwudziestą szóstą). 

W najsilniejszej sekwencji filmu, Kapitan przywozi do domu bogatą baronową (Eleanor Parker), z którą planuje małżeństwo i chce pokazać swojej gromadce nową mamę. Von Trapp jest zdumiony widokiem swoich jakże szczęśliwych dzieci skaczących radośnie po drzewach (wiem, jak to brzmi). Dziwi go, że jego dzieci są uśmiechnięte i beztrosko się bawią. W kapitanie nagle coś się w nim zmienia. W prawdopodobnie najszybszym, emocjonalnym nawróceniu w historii kina, kapitan zaczyna widzieć swoją rodzinę inaczej. Maria nie pozwala już gwizdać na dzieci i ich musztrować, ale uczy je śpiewać i oczywiście zakochuje się w swoim chlebodawcy. „The Sound of Music” jest takim filmem, która odsuwa na bok rozważania o logice i inteligencji w fali entuzjazmu, która rośnie wraz z emocjonalnym odlotem. Piosenki, które weszły do ​leksykonu muzycznego, są natychmiast rozpoznawalne. Gwarantuje, że będziesz jeszcze długo nucić wpadające w ucho nuty (‘Sixteen Going on Seventeen’) i a przy kilku uronisz łzę ze wzruszenia ( ‘No Way to Stop It’, ‘Edelweiss’). 

Wersja filmowa została zaadaptowana z musicalu scenicznego Rodgersa i Hammersteina, zainspirowana niemieckim filmem ‘Die Trapp Familie’ z 1956 roku, którego scenarzysta George Hurdalek stworzył ten esencjonalny romans. Jego historia ma swój transcendentny, mityczny status, ponad wszystko, co mogło się wydarzyć w rzeczywistości. Bowiem, film oparty jest na prawdziwej historii. Wyreżyserowany przez Roberta Wise i scenariusz do Ernesta Lehmana – który wcześniej współpracował przy filmowej wersji West Side Story – film wplótł swoje piosenki w polityczny melodramat, eskapistyczną opowieść o ucieczce przed nazistami. W ten sposób dołączył oskarowych filmów o II wojnie światowej: od ‘Casablanki’ po ‘Listę Schindlera’ czy ‘Jak zostać królem”.

“The Sound of Music” zdobył niemal powszechne uznanie widzów, słuchaczy i branży filmowej. Jeśli jeszcze nie widziałeś/ widziałaś, to jesteś w mniejszości. Zrób sobie ciepłą herbatkę, wyłącz telefon i przygotuj paczkę chusteczek. A gdy skończy się pandemia, zaplanuj wyjazd do Salzburga. Największą atrakcją wcale nie jest dom narodzin Mozarta przy Getreidegasse 9, ale wycieczka szlakiem ‘Sound of Music’, do miejsc w których kręcono poszczególne sceny, łącznie z zamkiem Leopoldskron – autentycznym domem rodzinnym von Trapp. 

Z ciekawostek, przeszklona altana, w której Liesl i Rolfe śpiewali ‘Sixteen Going On Seventeen’, została przeniesiona na tereny należące do zamku Hellbrunn, znajdującego się niedaleko Salzburga, po czym została zamknięta, ponieważ wielu turystów próbowało w niej tańczyć i skakać tak, jak robili to aktorzy w filmie co kończyło się to niejednym złamaniem. Szkoda ☹

Korekta: Katsu
Zdjęcie: Andrew H