Niewolnik własnej duszy

Artysta rzadko przebywał w barach – zwłaszcza w tych po ciemniejszej stronie miasta. Nie był zwolennikiem upijania się do nieprzytomności tylko po to, by kolejnego dnia nic nie pamiętać, ale tym razem zrobił wyjątek. Umówił się na spotkanie ze swoim najlepszym przyjacielem, który towarzyszył mu od najmłodszych lat. Wiedział, że w tym lokalu nikt nie będzie zadawał zbędnych pytań i rozmowa ze Stachem przebiegnie pomyślnie.

Bar nie szczycił się nazwą zapadającą w pamięci. Zapewne użyto frazy u Janka, u Ryśka czy innego właściciela, którego mało kto znał, bo głównym powodem odwiedzin tego miejsca był całkiem szeroki wybór trunków po niezbyt wygórowanych cenach. W pomieszczeniu panował zaduch, mimo że  barman co rusz chodził i otwierał kolejne okno. Zapewne nie pomagało ciasne ułożenie stolików, które powodowało, że klienci niemal siedzieli na sobie nawzajem. Zdawało się to im nie przeszkadzać; zwłaszcza, gdy wylewali żale przy kolejnym  kieliszku. Znaleźli się również amatorzy  tanich papierosów, z których popiół zrzucali bezpośrednio na podłogę,choć na stolikach znajdowały się popielniczki. Obsługa skutecznie udawała, że tego nie widzi albo jednogłośnie określiła to mianem syzyfowej pracy, którą efektywniej wykonać po zamknięciu lokalu.

Postawione co jakiś odcinek lampy naftowe powoli dogasały; oznaczało to, że zbliża się świt i niebawem będzie trzeba pomóc śpiącym pijaczynom w opuszczeniu baru. Lampa stojąca najbliżej Artysty trzymała się chyba najlepiej ze wszystkich. Całkiem wyraźnie doświetlała schodzącą ze ściany, zieloną tapetę w jakieś prążki, a może kwiaty? Pozwoliło to Artyście przenieść się myślami do mieszkania zmarłej przed paroma laty babci. Tam właśnie spędził najlepsze chwile swojego dzieciństwa. Tam też po raz pierwszy spotkał się ze Stachem.

Miał jakieś osiem, a może dziewięć lat. Nigdy nie jeździł na wieś do dziadków na wakacje, tak jak robiła to większość dzieci z jego klasy. Można powiedzieć, że życie od początku – i miał nadzieję, że i do końca –  spędził w mieście. Niekiedy przytłaczała go jego wielkość, czasem też bardzo się nudził i wpatrywał  w sufit w mieszkaniu babci. Brakowało mu szkoły, a zwłaszcza zadań domowych z polskiego, które zawsze zostawiał sobie na sam koniec. Lubił rozmyślać nad utworami zawartymi w elementarzu, wyprzedzał też materiał, jeśli chodzi o czytanie wyznaczonych przez polonistkę lektur – zdarzało się wręcz, że z drobną pomocą babci czytał dodatkowe treści. 

Trudno dokładnie określić, kiedy to się stało, ale Artysta zaczął pisać. Początkowo były to krótkie rymowanki, które stopniowo zaczęły przeradzać się w coraz to większe projekty. Pojawiły się też pierwsze próby z utworami prozatorskimi. Pisząc jedną z licznych prac dodatkowych na język polski, Stach bez pukania wszedł do jego pokoju. Pamięć Artysty wyparła okoliczności, takie jak chociażby sposób, w jaki Stach dostał się do jego domu. Nigdy też nie rozmawiał na ten temat z babcią – skoro nie on, to przecież ona musiała go zaprosić. Choć zwyczajny dziewięciolatek zapewne przestraszyłby się nieoczekiwanej wizyty, to Artysta jakby przewidywał, że owe spotkanie miało się wydarzyć prędzej czy później.

– To właśnie jest efekt twojego godzinnego ślęczenia nad kartką? – zapytał Stach bez ogródek, pochylając się nad chłopcem.

Poprawił się na niskim taborecie i mocniej ścisnął trzymany w ręku ołówek. Nie rozumiał, dlaczego nowy kolega tak krytycznie ocenia jego wypracowanie, które kolejnego dnia zostało wyróżnione przez samą polonistkę.

– Spójrz tylko na pierwsze zdanie, nikt nie będzie chciał czytać dalej. I w dodatku ta interpunkcja! – Tu zdawało się, że Stach zaraz wydrze Artyście zeszyt i rozszarpie go na kawałki. – Piszesz tak, jakbyś nie znał podstaw interpunkcji! Lepiej odpuść, i tak nic z tego nie będzie.

Stach zmarszczył brwi i z ukosa popatrzył na chłopca; sam mógł być w wieku jego ojca. Pokiwał jeszcze głową, jakby nad czymś intensywnie myślał. Następnie bez zbędnego słowa wyszedł z pokoju Artysty, który pozostał w bezruchu, pochylony nad zapisaną kartką. Jego opuszki palców przybrały już białą barwę od ściskania ołówka.

Nowy kolega odwiedzał go bardzo nieregularnie. Były momenty, że spotykali się kilka razy dziennie parę dni pod rząd, aby następnie nie widzieć się przez tydzień, zupełnie bez wyjaśnień. Najczęściej pojawiał się w chwili pisania – początkowo jego obecność bardzo przeszkadzała Artyście, była nawet dla niego uciążliwa. Nierzadko chciał poskarżyć się babci, aby ta nigdy więcej nie wpuszczała do mieszkania Stacha. Właśnie wtedy Stach zawsze go opuszczał – tak po prostu otwierał i zamykał za sobą drzwi pokoju, nie mówiąc nawet nikomu do widzenia, tak jakby szedł tylko do pokoju obok, aby odpocząć i ponownie zacząć zaprzątać głowę Artysty. Rozmowa z babcią na jego temat ani razu nie doszła do skutku; ona sama też o nim nie wspominała. Prawdę mówiąc, Stach nigdy nie przedstawił się Artyście. Z tego powodu, został ochrzczony takim imieniem, za czym nigdy nie oponował.

Nie należał on do łatwych w obyciu osób. Przyjaźń Stacha i Artysty utrzymywała się głównie z anielskiej cierpliwości oraz lojalności jednego wobec drugiego. 

Właśnie dziś, w tej chwili, miały rozstrzygnąć się losy co do ich dalszej znajomości.

Artystę z zamyślenia wyrwało rozlegające się skrzypienie drzwi. W wejściu ujrzał dobrze mu znaną sylwetkę. Stacha rozpoznałby w każdym miejscu w najtrudniejszych okolicznościach.

Rzucała się w oczy jego wątła postura, o połowę chudsza od postury Artysty. Podkrążone oczy i blady odcień skóry stanowiły pewien kontrast w stosunku do jego bujnej, ciemnej czupryny, której poszczególne kosmyki wpadały prosto do oczu. Podczas szukania wzrokiem przyjaciela, zaczął drapać się po głowie, eksponując tym samym poplamioną koszulę, zapewne od kawy, którą tak bardzo ubóstwiał. Wreszcie udało mu się dostrzec Artystę tępo się w niego wpatrującego przy stoliku w najdalszym kącie. Natychmiast skierował się w jego stronę.

– Ukrywasz się przede mną, czy co? – zapytał Stach, odsuwając krzesło, które po potarciu o podłogę wydało wysoki pisk. Najbliżsi klienci nawet odwrócili się w jego stronę i chyba zrugali go pod nosem.

On zawsze taki był – bezpośredni, nie owijał w bawełnę i od razu przechodził do sedna. Nie lubił grać w podchody, zaś przejawy jakiejkolwiek radości Artysta już dawno wyrzucił z kanonu odczuwanych przez przyjaciela emocji.

– Ciebie również miło widzieć – parsknął, sącząc zamówiony trunek.

– No, a więc? Co to za ważna sprawa o jakiej chciałeś porozmawiać? – Mężczyzna zdawał się jakby ignorować ironię w głosie rozmówcy, a może chciał mieć niepotrzebną wymianę zdań już za sobą. Wygodnie rozsiadł się na drewnianym krześle tak, jakby było najwygodniejszym fotelem na jakim kiedykolwiek siedział. Brakowało tylko, ażeby wyłożył nogi na stół. Sięgnął po drugi napój stojący na stoliku i upił łyk w oczekiwaniu na odpowiedź. W tej samej chwili Artysta ukrył uśmiech przyciskając własną szklankę do ust. Następnie otarł je wierzchem dłoni i począł mówić.

– Przypomnij mi, Stachu… Dlaczego my się właściwie przyjaźnimy?

– Bo beze mnie nie zaszedłbyś tak daleko. – Wzruszył tylko ramionami i odpowiedział z taką swobodą, jakby zapytano go o wynik dwa plus dwa.

Artysta nie spodziewał się innej odpowiedzi; przywykł już do stylu bycia swojego najlepszego przyjaciela i kontynuował wywód.

– Pozwól, że przy okazji zapytam: rozmawiałeś może w moim imieniu z twoim znajomym redaktorem, który miałby przyjąć moje teksty do swojej gazety?

– Naprawdę dałeś się na to nabrać? Że ktokolwiek – a już na pewno człowiek tak wysoko postawiony – chciałby dobrowolnie zainwestować swój czas czy pieniądze w czytanie tych twoich wypocin? Pozwól, że odpowiem krótko: nie.

Mężczyźni zmierzyli się spojrzeniami. Kiedy Stach po raz kolejny przechylił głowę i upił łyk, palce jego towarzysza mocniej zacisnęły się na obrzeżu stolika. Jego odpowiedź potwierdziła tylko przypuszczenia Artysty. Podjął dobrą decyzję.

– Mógłbyś mi proszę przypomnieć, dlaczego tak naprawdę dalej się z Tobą zadaję? Podaj choć jeden dobry przykład tego, co dla mnie zrobiłeś – wypowiadając ostatnie słowa, głos nieco mu zadrżał.

– A proszę cię bardzo, mam ich na pęczki! – Tutaj Stach poprawił się na krześle. – Nieraz ratowałem ci tyłek przed ośmieszeniem się, gdy chciałeś podzielić się tymi bredniami ze światem. I choć, jak mniemam, w wyniku chwili słabości wysłałeś kilka prac pomimo moich ostrzeżeń na kilka konkursów, to przecież dalej nie pławisz się w bogactwie czy sławie. No i spójrz w jakim miejscu jesteś; nie masz nikogo, tylko ja ci pozostałem. Ja, który byłem z tobą od samego początku. Taki ze mnie wierny przyjaciel. Chyba nie chciałbyś zaprzepaścić tego wszystkiego, przez co razem przeszliśmy, mam rację?

– Wiesz, Stachu… Ostatnim czasy coraz intensywniej trapi mnie jedna myśl. Początkowo udawało mi się ją nawet zbywać, ignorować, choć niedawno nie odstępuje mnie na krok. Zupełnie jak ty. Nie miej mi proszę za złe, że podzielę się z tobą tą myślą, bo jest naprawdę okrutna.

Zdawało się, że Artysta próbuje grać na zwłokę, tak jakby chciał odepchnąć od siebie to, co ma się niebawem wydarzyć. Stach zachował milczenie, dając w ten sposób czas przyjacielowi na zebranie myśli. W pomieszczeniu rozbrzmiewało szuranie krzeseł, pochrapywanie czy stłumione rozmowy, ale Artystę uspokajał jedynie dźwięk siorbania, jaki wydawał jego towarzysz popijając zamówiony dla niego trunek. Dopiero wtedy począł kontynuować.

– Łączy nas naprawdę wyjątkowa więź, nie można temu zaprzeczyć. Jak sam podkreśliłeś, nasza znajomość przetrwała wiele lat oraz ciężkich, szczególnie dla mnie, chwil. Ale obawiam się, że niezupełnie chcesz dla mnie dobrze. – Ostatnie słowa wypadły mu z ust, tak jakby się nimi dławił. Zwiesił wzrok. Do jego uszu dotarło tylko zakrztuszenie się Stacha, który kolejno wbił w niego przeszywające spojrzenie. Przeszedł go zimny dreszcz.

– To po to mnie tutaj ściągnąłeś? By powiedzieć mi, że przez tyle lat niepotrzebnie troszczyłem się o ciebie, a już zwłaszcza o twój warsztat pisarski? Choć trudno by go nazwać pisarskim, niejeden maluch rymuje lepiej od ciebie. – Stach uśmiechnął się kwaśno ukazując tym samym dwa rzędy równych zębów. Przez ułamek sekundy marszczył również brwi w taki sposób, że można by pomylić go z diabłem we własnej osobie.

W głębi duszy Artysta zdawał sobie sprawę z tego, że właśnie w taki sposób przebiegać będzie ta trudna, a zarazem jakże przełomowa dla niego rozmowa. Mimo tego, chciał zadbać o jej jak najdelikatniejszy przebieg. Nie chciał przecież urazić przyjaciela – a może już tylko znajomego? Wciąż miał jeszcze do poruszenia jedną, kluczową sprawę. Nie zapraszał tu przecież Stacha tylko do wytknięcie mu jego sposobu bycia.

– Nie utrudniaj tego, co nieuniknione, Stachu. Sądziłeś, że nigdy nie przejrzę na oczy? I tu cię zaskoczę, do jakich wniosków udało mi się dojść: to ty jesteś powodem mojego nieszczęścia, mojej klęski i miejsca, w którym obecnie się znajduję! – Uderzył ręką o stół, zwracając tym samym uwagę paru mężczyzn. Zupełnie ich zignorował, gdyż właśnie w tym momencie dawał upust długo zalegającym w nim emocjom. – Gdyby nie twoje złote rady już dawno wysłałbym mój projekt do wydawnictwa, osobiście dostarczyłbym swoje CV do redakcji czy podzielił się moimi pracami z innymi! Osiągnąłbym te wszystkie postawione sobie cele, choć uznawałeś mnie za beztalencie i skutecznie zniechęcałeś do pisania. Żałuję tylko, że tak długo pozwoliłem ci sobą pomiatać…

Artysta ciężko opadł na siedzenie po swoim wywodzie. W końcu wyrzucił z siebie to, co od dawna nie dawało mu spokoju. Od połowy swojej wypowiedzi niemal już krzyczał, przez co zaschło mu w gardle. Dopił więc napój za jednym razem, choć znajdowała się w nim jeszcze połowa zawartości. Zaraz po tym otarł mokre wargi wierzchem dłoni i utkwił spojrzenie w Stachu. Ten siedział tylko z rozdziawionymi ustami, jakby analizując to, co właśnie usłyszał. 

W barze zapanowała głucha cisza. Nawet barman zawiesił się podczas wycierania szklanek i jedynie wpatrywał się w klientów siedzących w kącie, tak jak obecnie większość z tutaj zebranych. Na sali dał się słyszeć tylko jeden szept: Nie śpij, ominie cię afera. Powoli dogasająca lampa naftowa oświetlała już jedynie twarze Artysty oraz Stacha, co budowało aurę napięcia i tajemniczości. Można było przecież podejść i włączyć żarówki, ale nikt nie odważył się ruszyć z miejsca. Oczekiwano na rozwój wydarzeń. Nawet Artysta, gdy w końcu dotarło do niego to, co przed chwilą wykrzyczał, zaniepokoił się przeciągającym się milczeniem.

– A więc to tak traktujesz przyjaciół? – syknął wreszcie Stach. – Chciałem przecież dla ciebie jak najlepiej. Chciałem przygotować cię na brutalną rzeczywistość, jaką jest życie pisarza wśród niewdzięcznych zjadaczy chleba, którzy nie rozumieją prawdziwej sztuki. Chciałem, abyś nie spoczął na laurach i wciąż pracował nad swoim piórem. Kto by przypuszczał, że taka czeka mnie zapłata za moje poświęcenie… – tutaj urwał. Pokręcił głową z niedowierzaniem. Z jego oczu można było wyczytać wiele kłębiących się emocji, a zarazem nic konkretnego; było ich tak wiele, że nie wiadomo, od czego zacząć. Dominował jednak gniew, rozpacz, a nawet rozczarowanie.

– Powtarzam jeszcze raz: naprawdę dziękuję za wszystkie lekcje, jakimi mnie obdarzyłeś. Ale pora, ażebym sam zdecydował, którą drogą podążać. Niestety przyjacielu, ale nie możesz iść ze mną. Wiedz jednak, że zawsze będę mieć cię w pamięci.

Słowa Artysty zabrzmiały niczym ostatnie pożegnanie – i słusznie, ponieważ tak właśnie miały zabrzmieć. Jak gdyby nigdy nic uniósł się z krzesła, odwrócił się po płaszcz i począł go zakładać. Towarzyszyły temu pomrukiwania i coraz mniej ukrywane szepty pozostałych klientów baru. Kątem oka Artysta dostrzegł jeszcze, jak jego przyjaciel dopija napój. Tuż po tym ich spojrzenia skrzyżowały się.

Stach już wiedział, co stanie się za parę chwil. O ile do tej pory był blady, o tyle teraz odeszły mu wszystkie kolory. Na dnie szklanki widniał łaciński napis venenum, oznaczający truciznę. Artysta posłał mu przepraszające spojrzenie, choć teraz nie miało to znaczenia. Było już za późno, aby cokolwiek cofnąć.

– Wybacz mi, Stachu… – wychrypiał tylko, po czym złapał się oparcia krzesła, tak jakby miał się za chwilę przewrócić.

– Nie nazywam się Stach.

– Masz rację, Strachu, masz rację. – Artysta przytaknął. Tak naprawdę nigdy dogłębnie nie analizował, dlaczego nazwał go Stachem. Małemu dziecku było chyba łatwiej przyjąć do wiadomości, że Strach to w rzeczywistości kolega jak wielu innych.

Strach uderzył głową o stół. Widoku konającego przyjaciela Artysta już nigdy nie zapomni. Nagle stolik, przy którym chwilę wcześniej rozmawiało dwóch mężczyzn, oblężyli gapie. Sprawca zamieszania wykorzystał poruszenie i niepostrzeżenie wymknął się z baru. Odetchnął z ulgą, będąc już na świeżym powietrzu.

Skierował się w stronę wschodu Słońca, które nieśmiało przedzierało się znad widnokręgu. Początkowo szedł bardzo szybkim tempem, niemal biegł, aż upewnił się, że jest daleko od nieszczęsnego baru i nikt za nim nie idzie. Słońce wschodziło coraz wyżej.

We znaki dały się pierwsze wyrzuty sumienia po tym, co właściwie uczynił. Strach to obrotny człowiek, na pewno znajdzie sobie kogoś innego. Nie zrobiłem nic złego, bo nie da się przecież zabić kogoś nieśmiertelnego. Strach jest nieśmiertelny. Odradza się niczym feniks z popiołów – przeszło mu przez myśl.

Decyzja o pozbyciu się Stracha nie przyszła mu łatwo – wielokrotnie analizował wszystkie za i przeciw, szukał mniej tragicznych rozwiązań, a nawet możliwego kompromisu. Wiedział jednak, że musi postawić wszystko na jedną kartę i zaryzykować. Skoro postanowił już zrobić coś z tą dręczącą go sprawą, nie mógł się teraz wycofać. Gdyby nie postąpił tak, jak postąpił, zapewne nadal byłby ofiarą Stracha. Teraz może za to cieszyć się większą swobodą w podejmowaniu decyzji. Od tej pory polegać będzie tylko i wyłącznie na własnej intuicji. Czyż nie tego właśnie chciał? Wydawało mu się, że po tak przełomowym dla niego wydarzeniu, odetchnie z ulgą i będzie skakać ze szczęścia jak beztroski dzieciak. Nic takiego jednak się nie stało. Zabrakło nawet poetyckich metafor takich jak: wschód Słońca to zarazem nowy rozdział w moim życiu. Nie czuł żadnego boskiego natchnienia, choć w duszy właśnie tego się spodziewał. Czuł tylko, że Strach obserwuje go teraz tam z góry, a zarazem może wyskoczyć zza najbliższego rogu. Czuł, że wraz ze śmiercią Stracha, umarła także jego cząstka.

Korekta: Edyta Edi Braun