Teaser – Teatr Polski

Umówiliśmy się na placu Chrobrego. Przedstawiciele grupy video i ja, reprezentująca sekcję dziennikarską. Nie znając dziewczyn, w ciemno podeszłam do dwóch białogłowych siedzących pod drzewem. Rozpoznałam ich atrybuty – statywy i pokrowce kryjące w swej głębi aparaty. Wspólnie udaliśmy się do Teatru Polskiego w Bielsku-Białej na śniadanie prasowe spektaklu „Lalka”.

Z pewną dozą niecierpliwości oczekiwałyśmy Maćka, który postanowił wejść w moją rolę osoby wiecznie spóźnionej. Słońce mnie drażniło. Nie znoszę jego ciepłych promieni na mojej skórze. Wokół nas gołębie, które składają się tylko z zewnętrznej powłoki i trybików wewnątrz powodujących nieustanny ruch głowy. Przód tył, przód tył. Jakby w ich ptasich głowach leciała muzyka, w rytm której zmuszone są się kiwać. Jednakże jeden gołąb chwycił mnie za serce. Kichał. Przeuroczo kichał.

Jako poważna redakcjaBB nie mogliśmy sobie pozwolić na spóźnienie, zatem wyruszyłyśmy w niepełnym składzie. „Kto późno przychodzi, ten sam sobie szkodzi”. Dobrze, że dziewczyny były bardziej obeznane ode mnie, ponieważ nie wiedziałabym, gdzie skierować swoje kroki, znajdując się w holu Teatru Polskiego. Na górę, po schodach wyłożonych czerwonym aksamitem.

W pomieszczeniu panował lekki gwar – za długim stołem siedzieli już inni reprezentanci mediów. Starałam się podpatrzyć, jaki sprzęt ze sobą przynieśli. Tradycyjny papier? Był. Laptop? Także. Jednak większość siedziała „z pustymi rękoma”. Zapewne ich narzędziem będzie dyktafon.

Pod ścianą znajdowały się ekrany, kilka krzeseł, stoły, na których leżały rozkoszne, różowo-białe lizaki. To było miejsce przeznaczone dla przedstawicieli teatru: aktorów, reżyserki, adaptatora. Nie wiem, czego spodziewałam się po ich wyglądzie na, jakże poważnie brzmiącym, śniadaniu prasowym, lecz byłam zaskoczona. Być może w głowie podświadomie miałam wizję awangardy dwudziestolecia międzywojennego. A przede mną siedzieli normalni ludzie. Dla mnie zawsze będzie ich otaczać delikatna aura mistycyzmu. W końcu pracują w teatrze, a teatr to iście magiczne miejsce.

Aby śniadanie było śniadaniem, potrzebne są talerze, półmiski, kubki. Bufet prezentował się niezwykle elegancko. Oko szczególnie cieszył dumny bezowy torcik. Jednakże moją uwagę przykuła sałatka z truskawkami, gruszką, rukolą, przyprawami. I serem pleśniowym, który był dla mnie niekoniecznie przyjemną niespodzianką. Po sali niósł się dźwięk sztućców uderzających o podstawki i stukot szklanek odkładanych na blat.

Atmosfera była luźna. Zapewne spora część dziennikarskiego grona jest stałym bywalcem prasowych spotkań. Maciek dołączył w sam raz przed rozpoczęciem posiedzenia.

Prowadził je sam Witold Mazurkiewicz. Padła sugestia, żeby zebranie rozpocząć pytaniami na forum, ale brać dziennikarska nieskora jest do dzielenia się swoimi pytaniami. Wiadomo, wygodniej jest zadać je podczas indywidualnych wywiadów. Dlatego zapanowała niedługa cisza, nikt się nie wychylał.

Słowo wstępu należało zatem do pana Mazurkiewicza. Padła niezwykle interesująca ciekawostka. „Lalka” jest równolatką Teatru Polskiego w Bielsku-Białej. W tym roku mija 125 lat od pierwszego wydania książki, a teatr urodziny obchodzi we wrześniu. Od Anety Groszyńskiej dowiedzieliśmy się, że jest tylko (aż?) dwudziestu jeden aktorów, a postaci na scenie występuje niemalże trzydzieści. Panuje bogaty przekrój bohaterów i osobowości.

Przedstawiono nam ogólny zamysł „Lalki”. Mogliśmy obejrzeć zdjęcia z prób. Każdy czekał na moment, w którym będziemy mogli mieć reżyserkę czy aktora wyłącznie dla siebie, chociażby miało to być tylko kilka minut.

Jako młoda redakcja pośród doświadczonych już wyjadaczy byliśmy delikatnie onieśmieleni. Porwano nam teatralnych przedstawicieli, mieliśmy za to czas na to, by rozłożyć sprzęt i przedyskutować, jakie pytania chcemy zadać podczas wywiadu. Chętnie z każdym zamienilibyśmy chociaż parę słów, lecz czas był ograniczeniem. Czekał nas jeszcze krótki przedpremierowy pokaz, do którego musieli się przecież przygotować.

Na pierwszy ogień wybraliśmy panią reżyser – Anetę Groszyńską. Stanęłyśmy przed obiektywem na tle bordowej ściany teatru. Ja, dzierżąc w dłoni dyktafon (którego, jak się okazało, zapomniałam włączyć), reżyserka z filiżanką herbaty bądź kawy.

teatr-1

Judyta Niedośpiał: W jakim stopniu różni się pierwszy zamysł realizacji „Lalki” od wystawienia jej na scenie?

Aneta Groszyńska: Jak to wyszło, to się jeszcze okaże, dlatego że pracujemy do ostatniej chwili i ciągle się zmienia. Na pewno jest tak, że realizatorzy, czyli głównie adaptator, Artur Pałyga, i ja, przyszliśmy tutaj z pewną wizją i w znacznej mierze zostało to zrealizowane. Natomiast na to, jak wygląda spektakl, składa się praca czterdziestu osób. Każdy z aktorów zostawił tutaj cząstkę siebie, z każdym pracowaliśmy indywidualnie nad postacią, nawet jeżeli pojawia się tylko na chwilę. I właśnie ich zaangażowanie znacznie wpływa na ostateczny kształt sztuki. Również ruch sceniczny, którego na początku pracy nie przewidziałam. Muzyka skomponowana przez Jerzego Rogiewicza także sporo zmienia. Pracownie krawieckie, drukarskie… Zawsze jest tak, że kiedy ta idea, z którą się przychodzi, zaczyna przybierać materialną formę, to spektakl zaczyna żyć swoim życiem. Sama myśl pozostaje, forma stanowi zagadkę.

Następnie chcieliśmy porozmawiać z którymś z głównych aktorów: Kazimierzem Czaplą wcielającym się w rolę Stanisława Wokulskiego lub z Izabelą Łęcką graną przez Orianę Soikę. Już miałam prosić do wywiadu damę, kiedy ona zbiegła ze schodów, dzierżąc w dłoni kawę (jak się później okazało cały zespół teatralny pił kawę – próby do rana). Mogło to oznaczać, że w niedługim czasie zostanie nam przedstawiony fragment spektaklu.

Rozdzieliliśmy się. Maciek pozostał na górze, my zeszłyśmy pod scenę. Filmowcy rozstawiali swoje statywy, dziennikarze wygodnie usiedli w fotelach. Wystąpiły pewne problemy techniczne – oświetlenie nie chciało współpracować. Zdobyliśmy zatem chwilę na zadanie kilku pytań aktorce grającej główną rolę.

Siedziała na scenie, rozmawiając ze swoim zespołem. Do jej włosów zostały doczepione brązowe pukle, a na sobie miała barwną suknię w kwiaty. Prawdziwa Izabela.

Nieśmiało weszłam na deski teatru. Pierwszy raz miałam okazję znaleźć się po tej stronie. Uprzejmie czekałam, aż dokończy rozmowę i poprosiłam o wywiad dla naszej młodzieżowej gazety. Wybrałyśmy miejsce na widowni.

Judyta Niedośpiał: Jak Pani traktuje tytuł? „Lalka”, czyli o Izabeli? „Lalka”, czyli o lalce w sądzie?

Oriana Soika: Zastanawiałam się nad tym. Myślę, że jest i o tym, i o tym. Tytuł był nieprzypadkowym zabiegiem autora. Uważam, że Izabela jest taką lalką, którą się wszyscy bawią. Ojciec, najbliżsi, otoczenie. Może nie tak kryształową jak lalka w sądzie, która należy do dziecka i która zawsze wzbudza pozytywne emocje.

 teatr-2

Jak się Pani czuje, grając taką postać? Generalnie panna Łęcka nie jest pozytywnie odbierana…

Nawet widziałam taką stronę: „Hated Izabela Łęcka”. Koleżanka mi ją przesłała i była zaskoczona, że Łęcka takie emocje wzbudza. Ja natomiast byłam zachwycona, że chce się cokolwiek o niej pisać i są to zazwyczaj złe rzeczy. Miałam satysfakcję, ponieważ Izabela wcale nie jest osobą, którą można tak jawnie krytykować. Jeżeli ktoś od samego początku żyje w dziwnej bańce i staje się niewolnikiem sztywnych ram, to nie można oczekiwać, że nagle ta osoba, w wieku dwudziestu kilku lat, zacznie się odnajdywać w prawdziwym świecie. Winą Izabeli jest to, że ona nie daje sobie szansy na zmianę, nie chce spróbować żyć w tym świecie, tylko z założenia mówi: „Nie.”


teatr-4

Według słów Artura Szczęsnego: „Po śniadaniu jest czas na obiad i kawę”.

Ujrzeliśmy scenę posiłku w domu państwa Łęckich. Jako danie główne zaserwowano rybę. Gumową. Niezwykle spodobał mi się ten pomysł. Jest dosadny w swojej prostocie. W końcu ta gumowa, niebieska ryba stała się czynnikiem zapalnym mocno nieprzyzwoitej sceny. Stanisław Wokulski odrzucił zasadę dwóch widelców i poprosił o nóż. Na co Izabela również postanowiła wyjść poza ramy i co zrobiła? Weszła na stół? Zarzuciła na podłogę sztućce? Kusiła swojego adoratora?

Byłam pod wrażeniem, że aktorzy potrafią wejść w swoją rolę w dowolnym momencie. Zaczynamy od tego fragmentu? Proszę bardzo, żaden problem. Podziwiam tę umiejętność. Niewątpliwie wymagała wielu lat treningów pamięci i doskonałego opanowania tekstu. Żeby tylko tekstu. Również każdego najdrobniejszego gestu oraz spojrzenia.

Człowiek odpowiedzialny za adaptację, Artur Pałyga, siedział na widowni, co znacznie ułatwiło nam nawiązanie z nim kontaktu. Poprosiliśmy o krótką rozmowę, ponieważ zdawaliśmy sobie sprawę, że odbędą się jeszcze całodniowe próby.

Po raz trzeci zmieniliśmy scenerię wywiadu i weszliśmy na scenę. Zadałam pytanie mężczyźnie w dużym, beżowym polarze.

Judyta Niedośpiał: Czy niektóre sceny zostały wykluczone przez to, że ciężko byłoby je zrealizować na scenie np. z powodu scenerii?

Artur Pałyga: Nie było takiej sytuacji. Moimi ulubionymi są sceny, które pozornie wydają się, że nie są do zrobienia w teatrze. Myślę: „Jak to się nie da. W teatrze wszystko się da, więc spróbujmy”. Zatem zacząłem od wyścigu koni, gdzie siedzi mnóstwo postaci, gdzie wszystko toczy się wokół tych wyścigów i starałem się wybrać z tego esencję. Mówię do reżyserki: „Ja zrobiłem w tekście, Ty zrób na scenie”. Zobaczycie, jak zrobiła, ale są to wyścigi koni. Druga, wydawać by się mogło, niemożliwa scena to ta, kiedy Wokulski rozmawia z przyrodą. I te drzewa, kamienie, gwiazdy do niego mówią: „Zrób nam miejsce, też chcemy pożyć”. Takie dziwne. No dobra, podjąłem decyzję i wpisałem ‚gwiazdy mówią’, ‚drzewa mówią’. Do tego momentu to jest mój problem, żeby rozpisać scenę. A potem to problem reżyserki, jak ona to zrobi. (śmiech)

Przerzucanie problemu?

To nie jest tak, że ja ją z tym zostawiam i mówię: „Martw się”. Jesteśmy cały czas w kontakcie, na tym polega nasza praca. Uwielbiam w teatrze to, że do końca wszystko może ulegać przekształceniom, właściwie do próby generalnej. Jeszcze dwa dni temu [przed premierą – przypis redakcji] dopisywałem fragment sceny. Wszystko się udało, nawet rozmowy z kamieniami. I wyścigi konne. Sceny wypadały dlatego, że trzeba było trzymać się jednej osi konstrukcyjnej. Tylko dlatego.

Piątek, 17.04.2015

Umówiliśmy się pod teatrem, jako że wejściówki znajdowały się na jednym bilecie.

Bardzo miłe uczucie dostać zaproszenie na premierę i usiąść wśród bielskiej śmietanki towarzyskiej. Teatr zapełniony był po brzegi, przed wejściem co rusz powstawała kolejka. Przy drzwiach stały uśmiechnięte panie zapraszające na spektakl, zaskoczeniem dla mnie były rozdawane przypinki z tytułem sztuki. Chętnie rozpoczęłabym zbieranie takiej kolekcji.

Nigdy nie miałam przyjemności znaleźć się na premierze, wśród przechadzających się, elegancko ubranych ludzie. Przy takiej okazji nikt nie założyłby wytartych dżinsów, co, niestety, nie jest najrzadszym widokiem w teatrze. Orkiestra grająca muzykę klasyczną. Szmery rozmów.

Obawiałam się, że widok z drugiego balkonu na scenę może być utrudniony, jednak miło się rozczarowałam. Jeżeli akcja rozgrywała się przy samej krawędzi, wystarczyło oprzeć się na złotej barierce. Niespodziewaną zaletą tego miejsca było to, że dało się dyskretnie podglądnąć, co się dzieje za kulisami.

Będąc szczerą, nie mam, póki co, wyrobionej opinii na temat sztuki.

In plus postać Rzeckiego. W jego rolę wcieliła się Jadwiga Grygierczyk. Nigdy nie przeszło mi przez myśl, żeby spojrzeć w ten sposób na starego subiekta, jednak pomysł ten był niezwykle trafny. Pomimo tego, że spędził wiele lat na wojnie, pozostał niepoprawnym romantykiem, uprzejmym i skromnym, nieszukającym zwady. Te cechy raczej są przypisywane kobietom i pani Grygierczyk świetnie sobie poradziła w roli mężczyzny.

Wyścigi konne, które rzeczywiście udało się zagrać w teatrze. Nikt nie wcielił się w rolę ssaka nieparzystokopytnego ani nawet nie słyszano rżenia, a jednak od razu można było poznać, co to za scena. Pozwolę sobie jednak na zachowanie tego w tajemnicy.

Bal, w którym była scena wyjątkowo przykuwająca moją uwagę. Izabela grająca na skrzypcach. Precyzując, była marionetką grającą na skrzypcach. Spod smyczka nie wydobywała się muzyka przyjemna dla uszu, jedynie zgrzyt i pisk. Fałsz w najczystszej postaci. Daleka jestem od interpretowania każdej sceny i każdego szczegółu po kolei, lecz ten fragment mógł skłonić do przemyśleń. Opinie o Izabeli są bardzo skrajne. Od puszczającej się, rozwiązłej panienki po młodą kobietę, która nie zgadza się na zaaranżowane małżeństwo. Pomiędzy tym można znaleźć myśl, że Łęcka jest lalką, którą każdy ustawia pod siebie. Zabawką, która nie ma własnego zdania, a nawet jeśli, to nie trzeba się z tym liczyć. Grającą tak, jak się jej zagra.

Scenografia trafiła w mój gust i oddawała klimat granej opowieści. W większości surowa, bez zbędnych detali. Prosty drewniany stół podczas obiadu, samotnie stojąca sofa. Paryż, miasto zakochanych, pełne przepychu, oddał kuszący amor w srebrnym puklerzu śpiewający francuskie pieśni. Gwieździste niebo będące tłem dla zadumy i rozmyślań Wokulskiego. Nauka? Miłość? Co z tym metalem lżejszym od powietrza?

Należą się słowa uznania dla scenograf – Marty Zając.

Dialogi nie zawsze były dla mnie zrozumiałe. Nie potrafiłam ich odnieść do konkretnej sytuacji, chociaż może wynikało to z tego, że „Lalkę” – spektakl za bardzo chciałam porównać do „Lalki” – lektury. Zagadkę stanowi dla mnie scena, w której śpiewała pani w czerni. Mniemam, że dotyczyło to Paryża, ale w jaki sposób? Nawet nie pamiętam, o czym śpiewała.

Brakowało mi wątku Stawskiej, jednak rozumiem, że trzeba było się zdecydować na pewne historie. Za to ucieszyłam się ze studentów. Zarówno w książce, jak i w teatrze byli oni buńczuczni i zuchwali. Jednoznaczni w swoich poglądach. „Zresztą co tu gadać, z zasady nie płacę komornego, i basta”.

Budzący sympatię.

Niczego konkretnego nie mogę przedstawionej „Lalce” zarzucić, lecz daleka jestem od zachwytów. Pomimo wielu pozytywnych aspektów coś nie do końca mi w tym zagrało. Uważam, że trochę za dużo uwagi poświęcono Paryżowi. Niektóre sceny nie były dla mnie jasne.

Powyższe zarzuty nie skreślają spektaklu. Myślę, że znaleziono w nim odpowiedni balans pomiędzy teatrem tradycyjnym a nowoczesnym. Zwrócono uwagę na przedmioty, których sama bym nie zauważyła.

Sądzę, że dam sobie trochę czasu i wybiorę się na „Lalkę” ponownie, aby ukierunkować swoją opinię.

Koniec.

 
Realizacja filmu: Dominika Jeziorska, Natalia Myślińska, Zuzanna Pyclik, Maciej Godlewski, Justyna Górka
Montaż filmu: Justyna Górka i Maciej Godlewski
Zdjęcia: Dominika Jeziorska, Natalia Myślińska, Zuzanna Pyclik, Maciej Godlewski, Justyna Górka
Edycja: Ewa Furtak
Korekta: Ewa Kuchta