Follemente, czyli metoda na udaną randkę

Czy pierwsze bliższe spotkanie zawsze wiążę się z ekscytacją i romantycznym nastrojem? A może niepewność i skrępowanie z góry zwiastują klęskę? Jedno jest pewne - cokolwiek dzieje się w naszej głowie, musimy znaleźć jakiś sposób, żeby odnaleźć równowagę w gonitwie myśli. Inaczej może się to źle skończyć...

Fabuła Follemente: W tym szaleństwie jest metoda (2025) w reżyserii Paolo Genovese już od pierwszych scen toczy się na dwóch płaszczyznach. Na początku widzimy czterech mężczyzn, którzy dyskutują w jednym, dosyć ciasnym pokoju – do tego każdy z nich charakteryzuje się jakąś szczególną cechą. Jeden posiada romantyczną naturę, drugi jest rozważny, trzeci podekscytowany i gotowy na romans, a czwarty – wyluzowany.

Początkowo przypomina to spotkanie pisarzy, którzy razem dyskutują nad wspólną powieścią, budowaniem jednej postaci, przez co można spojrzeć na film w bardziej metaforyczny sposób.

Jednak kiedy po chwili na ekranie pojawia się Piero (Edoardo Leo), widzimy, że mężczyźni siedzący w jednym pomieszczeniu oznaczają myśli toczące się w jego głowie oraz drzemiące w nim osobowości.

Główny bohater wybiera się na pierwszą od lat randkę i już pojawiają się w nim wątpliwości –  dlaczego Lara (Pilar Fogliati) od razu zaprosiła go do swojego domu? Czy to nie jest trochę dziwne? Ale z drugiej strony, może i lepiej – nie trzeba przynajmniej rezerwować stolika w restauracji…

Kiedy Piero dociera na miejsce, wraz z rozwojem akcji dowiadujemy się, że w głowie wybranki również toczy się batalia. Symboliczny pokój w jej umyśle również jest zamkniętą przestrzenią, gdzie mieszkają cztery różne kobiety. Co ciekawe, posiadają podobne cechy co mężczyźni w głowie Piera – jedna jest romantyczką, druga kieruje się rozwagą, trzecia temperamentem, a czwartą bardziej interesuje własny wygląd niż randka – jednak obie strony charakteryzuje inny sposób postrzegania świata.                                                                                    
Od dawna powszechnie uważano, że to kobiety są bardziej emocjonalne, mocniej wszystko przeżywają – cóż, kiedy spojrzymy „z zewnątrz” na zachowanie Lary, to stare jak świat przekonanie wydaje się być prawdziwe. Ale dzięki głębszemu wejrzeniu w umysł mężczyzny, widzimy, że u niego jest podobnie, tylko większość jego „osobowości” zgodnie nakazują mu milczeć. Przynajmniej, dopóki najczęściej uciszany przez resztę romantyk mówi w końcu donośnie „Dlaczego tylko kobieta może odczuwać emocje, skoro ja też je mam?”.

Chociaż zarówno Piero jak i Lara „biją się” z różnymi myślami, w filmie nie tworzy się chaos, a wręcz komiczna, niekiedy nieco wybuchowa mieszanka. Ponadto ten oryginalny zamysł reżysera świetnie pokazuje, jak różnorodna oraz ciekawa jest ludzka natura, niezależnie od płci. Dzięki temu ekranizacja nabiera też psychologicznego charakteru, z którym widz może się utożsamiać – bo kto z nas nie ma w sobie różnorodnych cech, które „walczą” ze sobą i próbują się przebić?

Początkowo randka nie przebiega zbyt dobrze – bohaterowie są spięci, atmosfera jest nieco sztywna, trochę ciężko podtrzymać im rozmowę. Mieszkanie Lary jest nie tylko jej domem – oznacza też miejsce, gdzie dochodzi do spotkania kobiecego i męskiego umysłu, a co za tym idzie – więcej przestrzeni oraz szerszą perspektywę spojrzenia na różne sprawy. Jednak póki co, jest to przede wszystkim jej „teren”, do którego zaprasza Piera.

Dlatego bohaterka przygotowuje różne posiłki, co symbolicznie może oznaczać, że „częstuje” wybranka swoim światem, daje mu go „posmakować” i lepiej poznać. Jednak on, przekraczając próg mieszkania, również wnosi coś od siebie – są to kwiaty oraz lody pistacjowe, a więc oznaka czegoś słodszego, zostawionego na deser (czyli w tym przypadku na ostateczne przełamanie emocjonalnych barier). Kiedy wpuszczamy kogoś „do siebie” pozwalamy, aby zostawił po sobie jakąś cząstkę, którą możemy przyjąć… lub odrzucić.

W końcu randka coraz bardziej się rozkręca, a rozwojowi akcji stale towarzyszą myśli w głowie Piera i Lary. Jednak nie zawsze jest to dla nich ułatwienie – kiedy czasami jedna z ich wewnętrznych osobowości mówi swoje zdanie, ale reszta zaczyna ją uciszać, obrazuje to, jak czasem bardziej przejmujemy się zdaniem innych niż tym, żeby być sobą. Ile razy coś nam się wyrwało, powiedzieliśmy coś szczerze, a później dopadły nas obawy „No i po co ja to powiedziałem/am?”, „Co on/a sobie o mnie pomyśli?”. Jednak do bohaterów stopniowo zaczyna docierać, że nie można całkiem uciszyć prawdziwego siebie, a mówienie tego, co czujemy, nie powinno ich napawać wstydem – chociaż chęć zrobienia dobrego wrażenia na pierwszej randce jest zupełnie zrozumiała. 

Potrzeba trochę czasu, aby atmosfera w końcu się rozluźniła, ale kiedy to następuje, Piero i Lara stopniowo zachowują się coraz śmielej, a stres wreszcie znika. Nie oznacza to jednak, że jedna randka od razu zapoczątkuje piękną relację i z tym dylematem mierzą się oboje – walczyć o drugą osobę, czy odpuścić?

Kiedy spotkanie dobiega końca, bohaterowie symbolizujący myśli bohaterów spotykają się ze sobą w mieszkaniu, gdzie toczyła się cała akcja. Rozmowa męskich i kobiecych osobowości w jednej przestrzeni może oznaczać pewnego rodzaju duchowe połączenie, jakie wywiązuje się między Pierem a Larą. Bo choć żaden z nich nie odważył się tego wypowiedzieć przy drugiej osobie, to oboje czują, że nie mogą przegapić danej im szansy. A gdyby zaryzykować i ponownie przekroczyć drzwi, czyli naprawdę cienką barierę, jaka ich dzieli od wspólnej przestrzeni?

W końcu nagły impuls może okazać się silniejszy od wszystkich dotychczasowych myśli, które czasem pomagają, a czasem niepotrzebnie przejmują nasze życie i nie pozwalają mówić szczerym emocjom.

Recenzja powstała we współpracy z kinem Helios w Bielsku-Białej w ramach cyklu Kino Konesera.