Informacja to potęga

Magda Sekuła

W Chorzowie stworzona została międzynarodowa grupa wolontariuszy, która ocenia ofertę miasta dla młodzieży i pyta co można zrobić, by miasto było przyjazne młodym. Jakie są efekty, czym różnią się nasze śląskie miasta od tych w innych województwach i krajach, czy warto pytać i co zrobić, żeby żyło się lepiej. O tym rozmawiają członkowie zespołu: Li Hsin Chang z Tajwanu, Omar El Dib z Egiptu, Kinga Pustułka i Barbara Klimczak z Nowego Sącza oraz Bogna Odlanicka-Poczobutt i Piotr Grygiel z Chorzowa.

 

Młodzi ludzie Chorzów UM

Barbara Klimczak, Omar El Dib, Bogna Odlanicka-Poczobutt, Li Hsin Chang, Kinga Pustułka.

Li Hsin Chang: Zanim przyjechałam do Polski usłyszałam, że jest tu bardzo niebezpiecznie. Mój znajomy był tutaj kilkanaście lat temu. Bałam się trochę, czy mogę podróżować po tym kraju sama. Okazało się, że moje lęki były nieuzasadnione: ludzie w Polsce są przyjacielscy, chętnie rozmawiają. Nawet jeśli nie znają angielskiego, starają się pomóc na przykład znaleźć drogę. Czuję często barierę językową, ale nie zmienia to faktu, że spotkałam się tu uśmiechniętymi, życzliwymi osobami. Dlatego odbieram ten kraj jako miejsce przyjazne, choć jestem tu niedługo.

Omar El Dib: Ja mam to samo odczucie. Ale najbardziej zszokowało mnie to jak wiele dzieje się – przynajmniej w Chorzowie – w sporcie. Są szkółki wakacyjne, zajęcia sportowe. Chodząc po ulicach miast na Śląsku widziałem, jak tu kocha się piłkę nożną. To dla mnie niesamowite doświadczenie. Tym bardziej, że można – i to się dzieje – w piłkę zagrać wszędzie. Macie mnóstwo boisk.

Piotr Grygiel: To prawda. W zasadzie przy każdej szkole funkcjonuje boisko, wiele jest takich osiedlowych. Miłośnicy sportu chętnie z nich korzystają. Myślę, że w naszych miastach jest dobra infrastruktura sportowa.

Omar El Dib: U nas, w Egipcie, nie można tak po prostu umówić się „na piłkę” z kumplami, bo po prostu nie ma gdzie. Co jeszcze mnie uderzyło to fakt, że u was wiele zajęć jest bezpłatnych. Nasz rząd nie zgadza się na takie rzeczy, gdyż jest nas zwyczajnie za dużo. W Chorzowie jest bowiem ponad 100 tys. mieszkańców, a w Aleksandrii – 15… milionów. To byłby ogromny wydatek. Dlatego nie ma u nas zajęć za darmo.

Li Hsin Chang: W Chinach sport nie jest tak popularny. Lecz nawet jeśli chcielibyśmy uczestniczyć w takich zajęciach, to są one organizowane tylko dla najbiedniejszych – nie dla wszystkich. Mam nadzieje, że młodzi ludzie w Polsce wiedzą jak wiele się zmieniło i że korzystają z tego wszystkiego, co im się oferuje. A jest tego naprawdę wiele.

Kinga Pustułka: Ja byłam pod wrażeniem stadionu Ruchu Chorzów. W porównaniu z naszym, nowosądeckim, jest niesamowity. Jest tu wiele miejsc, gdzie można uprawiać sport, baseny, duże sale gimnastyczne. A do tego ogromny park – jadąc tu, na Śląsk, sądziłam, że spotkam smutnych ludzi, brzydkie kamienice i dużo, dużo szarych miejsc. Tymczasem Chorzów to zielone miejsce, pełne centrów kultury. Zmieniłam swoje zdanie o tym regionie diametralnie. Dlatego warto organizować takie projekty, bo teraz my powiemy jak prężnie rozwija się to miasto, ile tu jest ciekawych rzeczy do robienia, zobaczenia. Jak przyjacielscy i świetnie zorganizowani są tu ludzie. Młodzież tu mieszkająca naprawdę ma szczęście.

Chorzów3


To naprawdę ważne, by rozmawiać.

Omar El Dib: To naprawdę ważne, by rozmawiać. Wymieniać doświadczenia. Uczyć się o sobie, swoich kulturach. My wszyscy te informacje zawieziemy do siebie.

Bogna Odlanicka-Poczobutt: Musimy także kontynuować te badania i w kolejnym etapie sprawdzić co myślą uczniowie szkół średnich. Po zakończeniu etapu międzynarodowego o zdanie zapytamy chorzowskich licealistów. Wtedy dopiero będziemy mieć pełny obraz oraz będziemy mogli wyciągnąć rzetelne wnioski. Poznamy także styl życia młodych ludzi w innych regionach i krajach. Jak się okazuje, niewiele się różnimy. Lubimy spędzać czas z rówieśnikami, żyć aktywnie, uczyć się i pomagać.

Li Hsin Chang: Są oczywiście drobne różnice kulturowe, ale nie są one takie, żeby utrudniały kontakty. Niektóre może trochę dziwią: raz dwóch panów chciało mnie pocałować w rękę. U nas się tak nie robi i myślę, że bym to przyjęła z uśmiechem, gdyby nie byli pijani. To jest dla mnie bardzo, bardzo dziwne: jest dużo pijanych ludzi na ulicach. U nas to się zdarza naprawdę sporadycznie.

Omar El Dib: Ja widziałem jak pan całuję panią w rękę tylko w starych egipskich filmach. Myślę, że i Polacy znaleźliby u mnie w kraju rzeczy, które by dziwiły. Są na przykład kafejki, w których krzesła plastikowe porozkładane są na ulicach. Korzystają z nich tylko mężczyźni. Kobiety tam nie wchodzą. Niektóre Polki to dziwi. A u nas to naturalne. Egipcjanki też mają swoje aktywności, jest wiele miejsc, gdzie chodzą zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Co mnie zdziwiło w Polsce jeszcze to fakt, że nikt mnie nie pytał o wyznanie.

Piotr Grygiel: Bo w Polsce utarło się, że nie rozmawiamy w nowym towarzystwie o pieniądzach i religii. Zresztą jest to kraj, w którym zdecydowaną większością są katolicy.

Li Hsin Chang: Tak, wszyscy to mówią. A zaraz potem dodają, że są… niepraktykujący. W Chinach jest tak wiele wyznań, że jest to niezwykle indywidualna sprawa. W Polsce rzeczywiście jest bardziej jednorodnie. Z drugiej strony ludzie nie są nachalni: ktoś chciał mi dać biblię, ale kiedy odmówiłam, to nie był problem.

Piotr Grygiel: Polacy chyba zrobili się bardziej tolerancyjni. Są aktywniejsi. Mamy większy kontakt z ludźmi za granicą. Potrafimy się z nimi dogadać. Uczymy się i nie mamy takich oporów, jak nasi rodzice, aby wyjechać do pracy za granicę. To się już bardzo zmieniło. Jest na szczęście też wielu aktywnych ludzi, którym się chce coś robić.


Aktywni i otwarci na działanie.

Omar El Dib: U nas młodzi ludzie także są bardzo aktywni i otwarci na działanie. Najwięcej z nich jest zainteresowana działalnością charytatywną. Pomagamy w biednych dzielnicach, organizujemy czas dzieciom, które tam mieszkają.

Li Hsin Chang: Za to w Chinach ten wolontariat bardziej skupia się na pomocy naukowej. Często polega na udzielaniu korepetycji.

Barbara Klimczak: Ja pochodzę z bardzo małej miejscowości, w której wszyscy się znają. Kiedy zaczęłam naukę w Nowym Sączu bałam się zapytać gdzie mogę zostać wolontariuszem. Dlatego tak ważna jest informacja. To chyba jest największa bolączka wszystkich tych, którzy zajmują się jego organizacją. Brakuje chętnych, bo ludzie po prostu nie wiedzą o możliwych opcjach. I oczywiście: można założyć, że jeśli ktoś chce, to sam znajdzie. Ale najczęściej się tak nie dzieje.

Kinga Pustułka: Powinny być organizowane akcje informacyjne pokazujące jak wiele satysfakcji może dać wolontariat. Tego nie ma i dlatego tak trudno znaleźć dobrych wolontariuszy.

Barbara Klimczak: Poza tym trochę inaczej organizuje się wolontariat w Chorzowie, a inaczej w Nowym Sączu. U nas trudno zbudować zespół, bo po trzech latach średniej szkoły młodzi ludzie jadą dalej, do innych miasta na studia. To nie sprzyja budowaniu więzi, jest duża rotacja. W dużych miastach najczęściej ludzie uczą się, potem studiują, następnie zostają, żeby pracować. Wtedy inaczej tworzy się dobry zespół i łatwiej skutecznie dotrzeć do ludzi z informacją o działaniach wolontariackich.

Kinga Pustułka: Jestem zdziwiona, że na przykład Chorzów nie promuje się w całej Polsce. Ja o tym mieście wcześniej nie słyszałam, a jest się czym chwalić. Trochę chyba trzeba zmienić myślenie, ponieważ jest tu wiele prężnie działających organizacji, świetne domy kultury oraz zaplecze sportowe. Wiele osób młodych chciałoby tu mieszkać. Ale skąd mają o tym wiedzieć, skoro o tym na zewnątrz nikt nie wie. Czas zrozumieć, że informacja to potęga: jeśli jest dobrze dystrybuowana, można nie tylko promować miejsca, ale także działania, które mogą zainspirować ludzi nie tylko w Polsce, lecz i za granicą.

Chorzów

 
Zdjęcia: Piotr Cyganik / Chorzowska Strefa Wolontariatu
Korekta: Judyta Niedośpiał