Lecimy na Księżyc – wywiad z Inez Baturo

Jeśli na świecie jest artysta, którego cenię za jego osiągnięcia, za sposób, w jaki fotografuje, jak patrzy na świat, zapraszam go do udziału w festiwalu. O swojej pasji do FotoArtFestivalu i fotografii opowiada Inez Baturo.

Skąd wziął się pomysł na zorganizowanie FotoArtFestivalu?

Inez Baturo: Od dwudziestu lat wraz z mężem zajmujemy się fotografią. Całe nasze życie obraca się wokół niej. Od 1991 r. prowadzimy w Bielsku-Białej Galerię Fotografii B&B, gdzie co miesiąc organizujemy wystawy. W którymś momencie pomyśleliśmy: „A co by było, gdybyśmy zrobili więcej wystaw w tym samym czasie?”. W końcu postanowiliśmy, że spróbujemy. Musieliśmy stworzyć taką formułę festiwalu, żeby ludzie zechcieli do nas przyjechać. Zapraszamy najlepszych twórców fotografii światowej. Co więcej, większość z nich nigdy nie była w Polsce. Wszystkie wystawy są polskimi premierami.

Jaka jest Pani rola na festiwalu?

Zajmuję się programem. Jestem odpowiedzialna za to, kogo zapraszamy na festiwal, a także decyduję, które prace zostaną pokazane. Rola mojego męża, Andrzeja Baturo, jest trudniejsza, ponieważ to on zajmuje się stroną finansową. Ja mówię, że lecimy na Księżyc, a on musi wymyślić, jak to zrobić. (śmiech)

Jakim kluczem kieruje się Pani przy zapraszaniu artystów?

Nasz festiwal jest chyba jedynym festiwalem w Polsce, który nie ma tematu. Jest wyjątkiem, jeśli chodzi o takie imprezy na świecie, ponieważ większość z nich ma jakiś motyw przewodni, na przykład ciało, pejzaż, fotografię irlandzką itd. Dla nas kluczem do tego, jakich artystów zaprosić jest po prostu ich fotografia. Jeśli na świecie jest artysta, którego cenię za jego osiągnięcia, za sposób, w jaki fotografuje, jak patrzy na świat czy jaką tematykę porusza, zapraszam go. Jedynym wspólnym mianownikiem, który łączy tych wszystkich ludzi, jest to, że bardzo dobrze fotografują i są uznanymi fotografami. Natomiast jeśli chodzi o temat, jest to przegląd: reportaż, dokument, portret, pejzaż czy eksperyment. Na naszych stronach widnieje hasło: „Łączy nas tolerancja”. Pokazujemy różne style, sposoby postrzegania świata. Oczywiście nie jestem obiektywna i nigdy nie będę, bo wszystko jest zawsze przefiltrowane nie tylko przez moją wiedzę, ale także przez mój gust. Oprócz różnorodności tematycznej stawiam na różnorodność stylistyczną. Chcę pokazać, że można fotografować analogowo, cyfrowo, można w kolorze lub czarno-biało. Można używać Photoshopa. Nie ma znaczenia, czy obraz jest rozmazany, czy ostry. Bo i jedno, i drugie, i trzecie, i czwarte może być genialną fotografią, jeśli fotograf jest świadomy swoich artystycznych wyborów.

Co jest najtrudniejsze podczas organizacji kolejnych edycji festiwalu?

Jest wiele problemów. Nie wiem, który z nich jest najpoważniejszy. Na pewno trudnością są finanse. Nie dysponujemy wystarczającymi środkami, by sfinansować tak duże przedsięwzięcie. Musimy szukać sponsorów, co nie jest wcale proste. Sporym wyzwaniem jest też ściągnięcie niektórych artystów do Polski. Było to szczególnie trudne w czasie pierwszego festiwalu. Mogliśmy tylko mówić, że chcemy zorganizować festiwal, ale wtedy nie byliśmy w stanie udowodnić, że potrafimy to robić. Teraz, kiedy zaprezentowaliśmy już wiele dobrych wystaw, jest znacznie prościej.

Nawet wśród wielkich artystów nadal pokutują stereotypy na temat Polski. Boją się, że wystawimy ich zdjęcia w barach, zdarza się, że mają obawy, że kierowca, który zawozi ich na wystawę będzie pijany. Jestem zdziwiona, że stereotypy są aż tak mocno zakorzenione. Pobyt w Polsce zwykle zmienia ich zdanie na temat naszego kraju. Często wyjeżdżają, mówiąc, że nigdy w życiu nie uczestniczyli w takim festiwalu, a przecież jeżdżą po całym świecie: Nowy Jork, Paryż, Tokio itd. Podkreślają nasz profesjonalizm w przygotowaniu wystaw oraz organizacji całego wydarzenia, co daje nam ogromną satysfakcję. Bardzo często zachwycają się też polską gościnnością.

Goście festiwalu to wielcy artyści, dlatego często problemem są też ich wymagania. Oprócz tego mają bardzo duże oczekiwania finansowe. Na świecie jest inaczej niż w Polsce. Artyści bardzo dobrze zarabiają. To jest zawód, a nie hobby do końca życia. Jeśli ktoś robi wielką sztukę, może godnie żyć. Artyści zarabiają m.in. sprzedając swoje zdjęcia w galeriach. Bardzo często pytają mnie, czy tutaj także mogą sprzedawać swoje prace. Odpowiadam im, że oczywiście mogą, tylko kto w Polsce kupi zdjęcie za 20 tys. dolarów?

Którą edycję festiwalu wspomina Pani najlepiej? Która była dla Pani szczególna?

Nie ma szczególnej. To tak, jakby zapytać: „Które Pani dziecko jest najfajniejsze?”.  Oczywiście zawsze ten pierwszy raz jest w jakiś sposób wyjątkowy i najbardziej zapada w pamięć. Właśnie wtedy przeciera się pewne ścieżki. Teraz organizujemy już szósty festiwal, ale i tak cały czas się uczymy.

Z jakim wyprzedzeniem zaczyna Pani prace nad kolejną edycją festiwalu?

Nad pierwszym festiwalem pracowałam pięć lat. Natomiast teraz jest to okres dwuletni. Chociaż bywają autorzy, na których czekamy dłużej niż dwa lata. Na przykład w poprzedniej edycji festiwalu w 2013 roku wziął udział Ragnar Axelsson, z którym zaczęłam korespondować w 2005 roku, bo chciałam go zaprosić na pierwszą edycję. Trwało to tak długo m.in. dlatego, że to jest człowiek, który potrafi spędzić pół roku pod kołem podbiegunowym i nie mieć z nikim kontaktu. Nasza komunikacja wyglądała tak: ja mu coś wysyłałam, on za pół roku mi odpowiadał. W końcu się udało.

W tym roku odbyły się już wystawy w Warszawie i w Krakowie. Czy planują Państwo zwiększyć zasięg FotoArtFestivalu?

Zobaczymy. Nie chciałabym, żeby festiwal rozrósł się do gigantycznych rozmiarów. Moim zdaniem siłą naszego festiwalu jest kameralność. Można sobie pospacerować od sali do sali, pokontemplować. Kiedyś byłam na festiwalu w Houston, w Teksasie. Nie wiem, ile tam było wystaw, ale myślę, że nie starczyłoby mi życia, żeby twszystko obejrzeć. Byłam przytłoczona. Wolałabym, żeby FotoArtFestival został swego rodzaju domowym, kameralnym festiwalem, gdzie ludzie przychodzą,  mogą ze sobą porozmawiać, nawiązać kontakt. To jest czas, kiedy rzeczywiście następuje wymiana myśli i obrazu. Natomiast wystawy w Warszawie i Krakowie pojawiły się stąd, że, niestety niektórzy dziennikarze niechętnie wyjeżdżają poza miejsce swojego zamieszkania. Postanowiliśmy zrobić ukłon w ich stronę.

12068863_1044999032201451_3120003643455771718_o

 

Skąd przyjeżdża najwięcej uczestników festiwalu?

Największą grupą są studenci kierunków fotograficznych z Warszawy, Wrocławia, Łodzi, Gdańska, Poznania czy Katowic, gdzie są wyższe szkoły fotograficzne. Bardzo dużo osób przyjeżdża też ze szkół fotograficznych z Czech, Opawy, Pragi. Oczywiście wielu widzów jest z Bielska-Białej. Odwiedzają nas też Łotysze, Ukraińcy, Austriacy, Norwegowie, Holendrzy.

Jaki ma Pani cel w tworzeniu tego festiwalu?

To zabrzmi dziwnie, górnolotnie i może podejrzanie jak na dzisiejsze czasy, natomiast ideą tego festiwalu była promocja światowej fotografii w Polsce oraz promocja polskich fotografów za granicą. Co prawda na każdym festiwalu jest tylko jeden artysta z Polski, ale w momencie, kiedy pojawia się w tak prestiżowym towarzystwie, jest to dla niego niezwykła nobilitacja i bardzo duża promocja dla polskiej fotografii.

Rozmawiam często z młodymi ludźmi. Wielu niestety nie zna historii fotografii światowej i często nie zdaje sobie sprawy, kto tworzył przed nimi. Czasami przynoszą zdjęcia i są absolutnie przekonani, że coś wymyślili. A to już było w latach 40., 60. Żeby się rozwijać w jakiejś dziedzinie, trzeba znać zaplecze, historię. Trzeba wiedzieć, co się dzieje równolegle na świecie. Tak naprawdę Maraton Autorski, który organizujemy, nie jest poświęcony tylko fotografii. Spotkanie artystów i odbiorców sztuki pozwala na rozmowę o społeczeństwie, o życiu, o tym, co nas otacza, o tym, jakie mamy problemy jako ludzie, co jest humanitarne, a co nie.

Skąd się wzięła u Pani miłość do fotografii?

Z tak zwanego przypadku, choć niektórzy mówią, że nie ma przypadków. Studiowałam anglistykę i zawsze chciałam być tłumaczem. W pewnym stopniu udało mi się zrealizować to marzenie, ponieważ przetłumaczyłam „Historię fotografii światowej”. Fotografia mnie nie interesowała. Potem poznałam mojego obecnego męża, Andrzeja Baturo, który już wtedy był człowiekiem o udokumentowanym dorobku fotograficznym. Był uznanym fotoreporterem. Gdy weszłam w środowisko związne z fotografią, byłam jedyną osobą, która nie miała aparatu fotograficznego. W którymś momencie wyjechaliśmy w Tatry. Tam zrozumiałam, że ja też chcę fotografować. Oni wszyscy fotografowali, a ja stałam na szczycie i wiedziałam, że coś się dzieje. Poczułam, że chcę uwiecznić właśnie ten moment. Pożyczyłam aparat fotograficzny, zrobiłam parę zdjęć i tak się zaczęło. Potem był pierwszy konkurs, drugi konkurs, wystawa, w końcu galeria fotografii. wszystko się zaczęło.

Edycja: Ewa Furtak
Korekta: Ewa Kuchta
Zdjęcie wyróżniające: Inez Baturo
Zdjęcia: Krzysztof Morcinek