Wsiąść do pociągu byle jakiego, czyli Lampo w Toskanii

Na maleńkiej stacji kolejowej w Marittimie, we włoskiej prowincji Livorno, jest pomnik słynnego psa. Każdy zna historię Lampo, niesfornego podróżnika i miłośnika pociągów. Niejeden z nas uronił łzę, czytając książkę „O psie, który jeździł koleją”.

Toskania jest przepiękna, pełna ciekawych miejsc, zapierających dech w piersi, dzieł sztuki, cudnych krajobrazów, smacznych makaronów, aromatycznej oliwy i dojrzałych pomidorów. Każdy coś znajdzie: Florencja – zabytki, Piza – Pole Cudu, Siena – wyścigi konne na oklep, czyli święto Palio, Elba – wyspa Napoleona, Cortona – wspaniałe miasto na wzgórzu.

Nie mogłam odmówić sobie odwiedzenia maleńkiej miejscowości – Campiglia Marittima w prowincji Livorno. Chciałam zobaczyć pomnik psa z najpiękniejszej książki mojego dzieciństwa. Lampo był miłośnikiem podróżowania na gapę. Dziś, pies pewnie miałby konto na Facebooku albo na Instagramie z tysiącami polubień, działo się to jednak w połowie ubiegłego wieku, czyli lata świetlne przed wynalezieniem telefonów z internetem. Pewnego dnia psiak pojawił się na stacji w Marittimie i szybko zaprzyjaźnił się z zawiadowcą. Od razu stał się ulubieńcem przyjaciół i rodziny kolejarza. Lampo, co po włosku znaczy Błyskawica, zdobył sławę w całym kraju. Regularnie podróżując, zawsze doskonale wiedział, do którego pociągu ma wsiąść, by dostać się do upragnionego celu. Jak to robił, nie wiadomo. Wkrótce jednak okazało się, że Lampo nie może dłużej przebywać na stacji i zawiadowca z ciężkim sercem wysłał psa do swego wuja, do sycylijskiego Palermo. Lampo bardzo tęsknił i nie bez dramatycznych przygód dotarł w końcu na stację do Marittimy. Jest taki fragment w książce, kiedy paczka chusteczek już nie wystarcza – pies ratuje córkę zawiadowcy, a sam ginie pod kołami rozpędzonej lokomotywy pociągu towarowego.

Dotarliśmy do Marittimy późnym popołudniem. Wszystko było tak, jak myślałam. Obiecałam sobie nie płakać. Maleńka stacyjka kolejowa. Gdzie mój pies? Jest! Pomnik Lampo stoi na małym klombie i jest nie większy, niż nasz bielski Reksio.

Zabieram się do robienia zdjęć i tu wielkie rozczarowanie. Bateria w aparacie zaczęła niepokojąco migać, po czym wyłączyła się na dobre. – Trudno – pocieszałam się z lekko załzawionymi oczami. Miałam ze sobą komórkę. Niestety, mój telefon również odmówił współpracy. Zrozpaczona, już z mocno czerwonym nosem, pytam mamę o jej telefon. Jak pech to pech. Jej też już nie działał. Zalana łzami, głaszczę głowę i długie uszy chłodnego psiaka. Książkę przeczytałam kilka razy, ostatni raz na kilka dni przed wyjazdem w wersji Elvio Barlettaniego w przekładzie na angielski – „Lampo, the traveling dog”. Stojąc wśród opuncji, płakałam już na dobre. Śmiesznie to wyglądało – wysoka dziewczyna, ambitna nastolatka, szlochająca nad figurką psa. Mama podała mi chusteczkę, potem następną i kolejną.

Po powrocie do hotelu zaczęłam szukać na Facebooku kogoś, kto mógłby mi pomóc. W ciągu 15 minut dostałam odpowiedź od miłego Włocha, który obiecał, po sjeście rzecz jasna, pójść na stację i specjalnie dla mnie zrobić kilka zdjęć. Podesłał mi też ciekawy link do filmu o odsłonięciu pomnika Lampo w 1962 roku.

Pomimo, że dorastamy, zmieniają nam się gusta i podobają rzeczy zgoła inne, niż jeszcze rok temu. Są takie miejsca warte odwiedzenia w każdym wieku. I przekonałam się, już nie pierwszy raz zresztą, że Facebook nie służy tylko do „lajkowania” zdjęć.

Z cyklu „W subiektywie Zośki” ukazały się również:
Dolce far niente.* Elba
Szmaragdowe oczy
Ich liebe Berlin
Drezno
Spacer po wiedeńsku
Malta – subiektywnie
M jak magot
Tam, gdzie Camorra mówi dobranoc
Wspomnienia z wakacji, czyli kilka dni z pamiętnika harcerki

Zdjęcia: Zosia Pietrzykowska
Korekta: Aleksandra Dębińska