Bielski surwiwal

Joe jest obywatelem Stanów Zjednoczonych, równocześnie turystą głodnym wrażeń i zaintrygowanym Europą Środkową. Joe przyjeżdża do Bielska-Białej.

Nie poczynił żadnych przygotowań przed podróżą i liczy na to, że wszystko uda mu się „załatwić” tutaj na miejscu. Czy Joe z wielkim impetem uderzy w barierę przeszkód językowych i nieporozumień? Bielsko-Biała aspiruje do miana miasta turystycznego, aż emanuje pozorną otwartością na zagranicznych turystów. Niestety, jak to z afiszowaniem się często bywa, stosując je, chcemy tak naprawdę coś ukryć. Zadałem sobie pytanie: „Jeśli zagraniczny turysta znajdzie się w Bielsku, to co z tej podróży zapamięta?”

Pierwsze kroki
Wiedziałem, że aby znaleźć odpowiedź, będę musiał użyć metod. Pierwszą z nich była obserwacja uczestnicząca. Uznaliśmy z moim towarzyszem pół-Amerykaninem, że pochodzimy trochę po mieście udając turystów. Kolega przyjął rolę przyjezdnego, mnie pozostało notowanie oraz obserwacja. Nasz obchód trwał kilka godzin. Zapytaliśmy o drogę przypadkowych przechodniów, by zaraz potem spróbować kupić coś w lokalnym sklepie oraz wypytać panią w kasie na dworcu o odjazd konkretnego pociągu. Przez te kilka godzin udało nam się kupić kanapkę w Subwayu, ale nie dowiedzieliśmy się, skąd odjeżdża autobus linii nr 11. Usłyszeliśmy co nieco o Zamku Sułkowskich, nie udało nam się jednak dowiedzieć niczego o jakimkolwiek lokalnym połączeniu kolejowym. Co prawda zarezerwowalibyśmy noc w hotelu, ale nie dostaliśmy już wskazówek, jak dojechać do centrum. Nie byłem w pełni zadowolony z wyników naszych „badań”. Po tych kilku godzinach nie miałem żadnego obrazu Bielska-Białej jako miasta dla turystów. Co więcej, obraz, jaki miałem przed wykonaniem badania, całkowicie legł w gruzach. No bo jak wytłumaczyć fakt, że łatwiej jest kupić kurczaka w KFC, niż zarezerwować bilet na pociąg?

Oczami obcokrajowca
Umówiłem się na rozmowę z Danielem, native speakerem z International House. Daniel mieszka w Bielsku-Białej od ponad roku, wcześniej mieszkał w Toruniu i – co może wydać się dziwne – pod względem języka angielskiego znacznie lepiej ocenia nasze miasto. Fakt ten tłumaczy występowaniem licznych korporacji międzynarodowych, jak np. Fiat. Zapytany, co sądzi o możliwościach porozumienia się w języku angielskim w kluczowych miejscach stwierdza, że nie jest źle. Ale są też jego zdaniem pewne luki. I co najgorsze, występują one w miejscach, w których według mnie takich problemów nie powinno być. Na przykład na stacjach kolejowych czy na Policji. Kiedy Daniel po raz pierwszy pojawił się w Polsce, miał problem z załatwieniem niektórych rzeczy, jak znalezienie odpowiedniej linii autobusowej czy zmiana dokumentów w urzędzie. Okazuje się, że właśnie tam potencjalny obcokrajowiec napotka największe bariery. Z centrami handlowymi nie ma większego problemu, podobnie z hotelami. Pracują tam w większości młodzi ludzie, którzy znają chociaż w stopniu podstawowym język angielski, a to umożliwia na ogół bezproblemową komunikację w większości ważnych spraw. Gorzej jest z miejscami, w których pracują ludzie starsi, którzy nie uczyli się języka angielskiego w szkole. Problemy zdarzają się również wśród policjantów. W środowisku zagranicznych turystów aż mnożą się opowieści o tym, że w Polsce wystarczy powiedzieć do policjanta coś po angielsku, by ten odpuścił nam mandat za przekroczenie prędkości. Trudno stwierdzić, czy to prawda, czy legenda miejska.

Zmiany pokoleniowe
Inny native speaker, Mark, żyjący w Bielsku-Białej od 10 lat, zapytany o zmiany, które zaszły na przełomie tych lat stwierdza, że tendencja jest pozytywna. – Kiedy stawiałem pierwsze kroki w Polsce, mało kto mówił po angielsku. Teraz mało kto nie mówi – opowiada. Może i jest to lekkie uproszczenie, ale nie sposób się z tym nie zgodzić. Pewne rzeczy po prostu trudno przeskoczyć. Polskie społeczeństwo ciągle potrzebuje nie tylko edukacji, ale przełamania bariery wstydu w używaniu języka angielskiego. To zmienia się w pewnym sensie w wyniku masowej emigracji za granicę, gdzie znajomość podstawowych zasad angielskiego jest konieczna. Co wydaje się istotne, znacznie lepiej niż instytucje publiczne przygotowane do obsługi zagranicznych klientów są, np. duże centra handlowe. Tam wymagana jest często od pracowników znajomość języka angielskiego, same firmy oferują często różne ułatwienia, np. kursy językowe. Sam Daniel mówi, że nigdy nie miał problemów z kupieniem czegoś w Sferze czy Gemini. Dopóki turyści odwiedzający Bielsko-Białą będą trzymali się tylko ich, wyniosą niezwykle pozytywne wrażenia. Pytanie tylko, który turysta przyjechałby do obcego miasta, by spędzić cały dzień w galerii handlowej?

 

Zdjęcie: Ania Beruś
Edycja tekstu: Ewa Furtak
Korekta: Ewa Kuchta