Lemur i inne przypadki

 Czeski film - sytuacja, w której nie wiadomo, o co dokładnie chodzi”[1] i „nikt nic nie wie” [2] a „kto pyta (nie) błądzi”.

Czeski film bez napisów

Zoo Safari w Dvůr Králové jest oddalone prawie 40 km od Kudowy-Zdroju. Nasz GPS pokazuje jedynie 50 minut jazdy samochodem. Znośnie, ale samo dotarcie na miejsce to już zupełnie inna historia. Tu jak ulał pasuje powiedzenie „czeski film”. Jerzy Bralczyk z charakterystyczną klasą i lekkością tłumaczy: „Czeski film – sytuacja, w której nie wiadomo, o co chodzi. W latach sześćdziesiątych minionego stulecia popularne było czeskie kino, które czasem w swojej awangardowości stawiało wysokie wymagania odbiorcom. Było to powodowane i cenzurą i ambicjami, ale zrozumieć było trudno. Niektórzy przyjmowali to z pokorą, inni próbowali ratować wysokie mniemanie o własnej inteligencji myśleniem o dziwnej modzie.” 

Zaklęte rewiry

Nasz czeski film polegał na szeregu wzajemnie się wykluczających znaków drogowych. Nakaz jazdy w prawo i zakaz 2 metry dalej. Kompletu szczęścia dopełniał skrzeczący głos pani z GPS, która tonem nieznoszącym sprzeciwu powtarzała jak mantrę: „zawróć jeśli to możliwe”. Powoli traciliśmy nadzieję, że kiedykolwiek dojedziemy do celu. W bocznym lusterku widziałam kilka samochodów (Słowak z Nitry, Belg i Wiedeńczyk) błądzących tak samo długo jak my.

I nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, bez reklamy, baneru czy drogowskazu pojawiło się zoo, czyniąc nasze oblicza na przemian zdziwione i szczęśliwe. Po półtorej godzinie szukania choćby jakiejkolwiek małej wskazówki nareszcie dojechaliśmy! „Może to nie fatamorgana!” – wrzeszczę z zachwytu, budząc się z drzemki na tylnym siedzeniu. Na parkingu wymieniliśmy kilka uprzejmych zdań na temat oznakowań czeskich dróg z miłym Słowakiem, który podsumował to jednym, dość zbliżonym do polskiego soczystym przekleństwem.

To Zoo, a nie jakieś tam zoo

Zoo Safari to unikalny, jeden z największych w Czechach ogrodów zoologicznych. Ogród ten rozciąga się na ponad 60 hektarach i ma około 70 – letnią tradycję. Znajdziemy tu wiele ciekawych ekspozycji rozlicznych w pawilonach. Jednak specjalnością ogrodu i największą atrakcją jest Afrykańskie Safari, gdzie na kilkunastu hektarach biegają luzem zwierzęta kopytne: różnego rodzaju antylopy, bawoły czy zebry.

Część trasy przemierzamy piechotą, a potem poruszamy się piętrowym autobusem (można też swoim samochodem), by i z jego pokładu oglądać te „kudłate i łaciate, pręgowane i skrzydlate. Te, co skaczą i fruwają”[3] z porożami lub bez, zgromadzone w stadach lub jakby nadąsane, stojące samotnie. Pan kierowca opowiada cierpliwie o gatunkach i zwyczajach zwierząt, zatrzymuje się często, by żądni przygód turyści mogli zacząć bezkrwawe łowy. W tej części znajduje się jedna z najważniejszych na świecie hodowla afrykańskich zwierząt kopytnych.

Nasi tu są

Zewsząd słychać polski, pełno tu wycieczek, kolonii i rodzin z dziećmi. Momentami można zapomnieć, że nie jest się w Polsce. Czasami chciałoby się też zapomnieć, że się z Polski jest. To zawsze wtedy, gdy jest mi tak po prostu za naszych rodaków wstyd…

Do wielu pawilonów jest jedno wejście a kilka wyjść, wiec można szukać się potem przez pół godziny, co oczywiście nam się przytrafiło. Przypominałam sobie, co zawsze mówili mi rodzice, gdy się zgubię. Mam stać i czekać, bo oni mnie w końcu znajdą. Polecam, sprawdza się. Najpierw mama musiała znaleźć tatę, a potem mama poszła szukać mnie, a gdy znalazła, to tata się zgubił.

Przerabialiśmy to już wielokrotnie, w każdym muzeum, galerii czy nawet małym mieście. Nie przypuszczałabym jednak nigdy, że oglądanie gadów w pawilonie jest takie emocjonujące. „Zgubić się jak ciotka w Czechach” to dla nas taka normalna sprawa, bez tego elementu jakikolwiek wyjazd nie miałby sensu. Usiadłam spokojnie na ławce, czekałam na rozwój wydarzeń. Dochodzę powoli do wniosku, że to oni się gubią nie ja. Wracając jednak do tematu zoo, zgłodniały, zdeptany i umęczony turysta może przysiąść w restauracji „U lemura” lub „Kibo”, by wypić filiżankę pysznej, smolistej, kenijskiej kawy przygotowanej przez piękną Kenijkę lub spróbować specjałów afrykańsko-czeskich w postaci wymyślnych sosów do poczciwych knedlików. Kawa smakowała wyśmienicie i gdyby nie ona, mogłabym posłużyć jako popołudniowa przekąska dla kajmana, krokodyla lub tygrysa.

bez-nazwy-1

Zwiedzać każdy może

Zoo oferuje parę dodatkowych atrakcji: park linowy, tory przeszkód, a także zacienione miejsca, gdzie można chwilę odpocząć: budki z lodami, przekąskami i napojami. Nie podobał mi się tylko pan i jego wielbłąd. Zwierzę służyło jako wierzchowiec rozbrykanym dzieciom. Pan od wielbłąda przystawiał do zwierzaka drabinę, po której dzieciak właził i wskakiwał wprost na grzbiet. Uważam, że bez takiej atrakcji zoo mogłoby się obejść, a biedne zwierzę powinno dołączyć do innych wielbłądów, których nikt nie szturchał, nie szarpał i nie wrzeszczał nań z byle powodu.

Do Zoo Safari można przyjść z psem, kotem lub fretką- pod warunkiem trzymania ich na smyczy. Czyż to nie piękne! Już oczami wyobraźni widzę moje trzy rozbrykane koty na wybiegu dla lwów… Mogłabym wtedy śmiało powiedzieć: „Posłusznie melduję, panie oberlejtnant, że kota już pan nie ma”[4].

„Jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było”[5]. Polecam miejsce, gwarantuje miłe wspomnienia, pod jedynym aczkolwiek dość istotnym warunkiem- najpierw trzeba tam jakoś dojechać, a tak jak pisałam- to istny czeski film.

 

[1] Jerzy Bralczyk – językoznawca
[2] „Nikt nic nie wie” ( Nikdo nic neví) – film w reżyserii Józefa Macha, 1947.
[3] Piosenka z programu telewizyjnego „Zwierzyniec”.
[4] „Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej”- Jaroslav Hašek.
[5] j.w.

Zdjęcie: Zosia Pietrzykowska
Korekta: Aleksandra Dębińska