Szarak – felieton Maxa Brańki

Jak to szarak próbował kupić białe buty, aby wejść do plemienia innych białych butów i reaktywował bajkę o brzydkim kaczątku.

Powiedziałem na zjeździe ludzi, którzy nienawidzą innych ludzi, że oto mam kolejny przykład osoby do wypchnięcia z tłumu. Ostatnio, przyjaciele, miałem do czynienia z wizją. Idąc przez świątynie opatrzności zakupowej, potknąłem się o przestraszone czterdziestopięcioletnie Jagnię. Jagnię wyłysiałe, przerażone, nieprzystosowane. Przeterminowana bluza próbowała uchronić wychodzącą spod niej koszulkę polo barwy Bayernu, zegarek z ledwo trzymającym się paskiem, spodnie próbujące przykryć rozwalające się buty. Chciałoby się na wzrok 45-letniego Jagnięcia szukającego drogi ucieczki, powiedzieć: – Nie bój się, rozumiem, wszystko w porządku.

I właśnie w tej jednej magicznej chwili doznaję cudu. Przypadek ciemnej drogi pośrodku lasu, gdzie nagle wyskakuje na was rozdygotany zwierzak, nie istnieje!

Znajduję się dokładnie w środku stada czterdziestopięciolatków. Wychodzą, stoją, klęczą, nigdy nie krzyczą. Kiedyś zostali pokonani i ich stan utrzymuje się od mentalnego poranka do kuriozalnego upadku. – Kolega nie zna świętego Szczepana? – pyta mnie ochroniarz, który nie dał się wcisnąć w za mały mundur. Gasi teraz peta tam, gdzie naiwne dzieciaki wrzucają drobniaki do galeryjnej fontanny. Czyli asertywność w nim góruje pomimo lat. – Święty Szczepan, pierwszy męczennik? – pytam. – Poniekąd, poniekąd – odpowiada. Święty Szczepan to patron wszystkich łysiejących lat czterdzieści pięć w polach (?) i naciąganych bluzach, którzy się w przeszłości poddali.

No bo w zasadzie, po co uruchamiać syndrom walki? Pewien X, gdy obudził się po swych czterdziestych piątych urodzinach, otrzymał dar spojrzenia na siebie z trzeciej perspektywy. Co zobaczył, było jego oczywistą dla wszystkich tajemnicą i przyczyną syndromu walki. Siłownia, bieganie, imprezowanie, nieudana próba rozwodu. I mogłyby się te wszystkie jagnięcia zebrać. Zacząć w końcu krzyczeć w szalonym, opętanym dopingu X, który tak biegnie, dbając o formę. Na co jednak cały trud, gdy X zostaje na mecie przejechany przez samochód?

Ale X, mówię do was, nie trzeba się bać. X próbował. X przypomniał sobie lata 70. i 80. Coś w nim odżyło. – W takim razie ochroniarzu drogi, czym Pan się wyróżnia? – znowu pytam. – Ja, kolego, towarzyszu, mówię, że oni wszyscy wybrali ścieżki dobre. Są ścieżki dobre i ścieżki złe, a ja wybrałem tę drugą. Nie wybrałem ścieżki dobrej, ponieważ była za trudna i kończyła się właśnie tak jak u X. Ucieczką i potrąceniem na mecie. Teraz spójrz, jak oto gaszę drugiego papierosa i wyławiam sobie napiwek.

Zastanawiam się tylko, czy mnie to nie ominie. Owszem jest niedziela, jestem pośród stada wiekowo lat czterdzieści pięć, nigdzie indziej jak w galerii. Jednak postępuję słusznie, zahaczyłem o wbudowaną kapliczkę, dałem poharatanemu ubogiemu dziesięć groszy. Nie oczekuję na końcu Pokojowej Nagrody Nobla, ale czy to właśnie  mnie czeka? Nieodwracalne dołączenie do niezauważalnego stada? Ochroniarz kończy za mnie: – Widzi Pan, czasy się zmieniają, ludzie umierają, a Pana niezauważalność będzie bardziej zauważalna.

 

Zdjęcie: Ania Beruś