HOW HIGH, czyli odlot

Wakacje były wspaniałym czasem, który spędziłam aktywnie, ucząc się pokory i odwagi na desce windsurfingowej. Oprócz tego umocniłam się w przekonaniu, że mam szczęście do poznawania ludzi pełnych wigoru i pasji. 

Plaża prawie pusta. Słychać szum morza. Zaczyna kropić. Ale nawet w takie dni, istnieją miejsca, które są wypełnione pozytywną energią – takim miejscem jest szkoła sportów wodnych How High na Cyplu Rewskim!

Jak wszystko się zaczęło?

Dawid Łojewski: Opowiem, jak to było z mojej perspektywy. Prowadzę szkółkę razem z moim przyjacielem Danielem, jesteśmy wspólnikami. Wcześniej pracowałem na stacji demontażu pojazdów. Miałem pracę biurową.

Jestem po turystyce i ukończyłem technikum hotelarskie. Zawsze wybierałem szkoły, w których mogłem podróżować, poznawać ludzi i języki. Zawsze znajdowałem w tym przyjemność. W tym czuję się najlepiej – w kontakcie z drugim człowiekiem.

Sporty wodne były twoją pasją?

: No właśnie nie – ale do tego dojdziemy. To Daniel zajmował się całe życie sportami wodnymi: windsurfingiem, kitesurfingiem. Swoją drogą, jest najlepszym instruktorem, jakiego znam. Ludzie, którzy wychodzą spod jego skrzydeł, nigdy nie kończą tylko na kursie. Idą w tym kierunku znacznie dalej. Zakochują się w tych dyscyplinach.

Ale wracając do pomysłu na firmę, praca, którą wykonywałem wcześniej, była w porządku zarobkowo. Dało się z niej utrzymać, ale zabijała mnie i nudziła – nie cierpiałem tego robić. Ludzie, z którymi pracowałem, strasznie mnie irytowali. A przecież podstawą jest to, żeby lubić swoje miejsce pracy i przychodzić tam z przyjemnością.

To było to, co chciałeś robić?

: Nie. Wybrałem ten zawód, żeby zarabiać. Skończyłem studia wyższe niemagisterskie, i stwierdziłem że najwyższy czas przestać być bezrobotnym studentem. Trzeba było zacząć się ogarniać i iść na swoje. W tym czasie Daniel był w Brazylii jako instruktor. Pamiętam, że mama powiedziała mi o kredytach z Unii Europejskiej na bardzo dobrych warunkach.

Kiedy wróciłem pewnego razu do domu byłem tak bardzo załamany swoją pracą, że myślałem, że strzelę sobie w głowę. Napisałem wtedy do Daniela o możliwości kredytu z zapytaniem, czy nie chciałby czegoś ze mną zrobić. Odpisał z entuzjazmem „pewnie stary, robimy szkółkę!”.

Ile lat temu to było? I czym dokładnie się zajmujecie?

: Półtora roku temu. Całkiem niedawno. To wszystko jest jeszcze tak naprawdę niezłą świeżynką. Zajmujemy się windsurfingiem, a kitesurfingiem sezonowo. Cały czas szukamy natchnienia, żeby się zorganizować. Danielu, opowiedz coś.

Daniel Witkowski: Jednym z pomysłów jest zabranie kursantów na dwutygodniowy wyjazd do Brazylii. Na razie jesteśmy na etapie szukania chętnych i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Już wcześniej organizowałem wyjazd na Karaiby na trzy tygodnie. A od przyszłego roku chcemy zająć się organizacją kolonii i półkolonii.

Dlaczego klienci wybierają akurat was?

: Może ty sobie odpowiedz na to pytanie, dlaczego wybrałaś nas. Najlepiej odpowiedzi szukać u samego źródła.

DW: Wydaję mi się, że to jednak twoja broda (śmiech).

: Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że powodem jest to, że dajemy siebie w pracy.  Gdy przychodzą do nas ludzie, nawet jeżeli nie chcą się tutaj uczyć, to wyskakujemy do nich pełni energii, życia i wigoru. Nie ma czegoś takiego, że ktoś przychodzi, spojrzy i idzie dalej. Od razu jest dobrze przyjęty. Takie sytuację zdarzają się cały czas. Dziennie poznaję wiele osób, bo plaża jest ich pełna. Nie każdy chce iść na kurs, ale często po prostu pogadać. Nie każdy dzień jest przepełniony wysiłkiem fizycznym, ale bywają takie dni, że człowiek jest nakręcony, cały czas rozmawia z ludźmi, przekazuje im swoją wiedzę, energię i uśmiech. Dzień się kończy, a ty jesteś wypompowany jak dętka.

A potem znowu masz energię?

: Tak wystarczy, że naładujesz akumulatory. Są takie momenty, które rekompensują ci cały włożony w naszą pracę trud. Np. ostatnio nasi kursanci, dwójka małych dzieci, skończyła kurs, a ich rodzice do nas przychodzą z wielkim arbuzem w podziękowaniu. To dzięki takim chwilą wiesz, że to, co robisz, jest ważne, i ludzie to widzą. Takie sytuacje zdarzają nam się całkiem często. W zeszłym roku poznaliśmy panią Halinkę, której wnuk przychodził do nas na kurs. Tak się zaprzyjaźniliśmy z panią Halinką, że trzy dni temu zadzwoniła do mnie. Odbieram telefon i słyszę tylko: „Dawid, fasolowa, grochowa czy ukraiński?”. Ja na to tylko „ukraiński, pani Halinko” i za dwa dni Daniel odebrał sześć litrów barszczu ukraińskiego!

Uwielbiam płaczące dzieci na zakończenie kursu. Wtedy też wiesz, że zrobiłeś coś dobrego i że cię lubią. To jest to, na czym mi zależało: żeby móc być w pracy sobą, żeby instruktorzy i pracownicy dobrze się tutaj czuli. Nie chcemy, żeby to było tak, że tylko robimy swoje i dostajemy pieniądze. Miało być przyjacielsko i bardzo rodzinnie, a nie jakaś stricte korporacja, od której chcemy uciekać.

Przychodzi taki czas, że kończy się sezon. I co wtedy robicie?

: Ostatnio nie mieliśmy na to pomysłu, ale przez naszego kursanta dostaliśmy kontakt do osoby, która chciała otwierać restaurację w Tajlandii i powiedział, żebyśmy się spróbowali do niego odezwać. Był to restaurator z Sopotu – Kuba Maj. Doszło do naszego spotkania i miesiąc po nim już siedzieliśmy w tajskiej dżungli i ciosaliśmy palmy, żeby postawić tam szkółkę. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie okazało się, że tam, gdzie akurat byliśmy, na wyspie Koh Yao Yai, nie ma wiatru. To było najgorsze na świecie, bo poświęciliśmy się temu miejscu, postawiliśmy tam szkółkę, ściągnęliśmy sprzęt. Z kawałka dżungli zrobiliśmy superspot, ale okazało się, że tam po prostu nie wieje. To była forma doświadczenia. Nie zabiło nas, żyjemy, wróciliśmy i dalej robimy swoje.

Czy rodzice wspierali cię podczas zmiany zawodu?

: Moja mama zawsze mnie pchała w tym kierunku: „zarabiaj mało pieniążków, ale jeżeli będziesz robił to, co kochasz, to będziesz szczęśliwy”. Za to z moim tatą było już trochę ciężej. Mój ojciec jest oficerem wojska polskiego. Całe życie wszystko miałem pod linijkę. Buntowałem się bardzo, ale starałem się to robić z głową. Tata nie był za bardzo zadowolony, jednak to on swoją postawą bardziej mnie zmotywował. Moja mama zawsze była na tak. Pamiętam jak wróciłem do domu po godzinnym monologu, który przeprowadził, że niszczę sobie życie i nawet nie wiem, co mnie czeka, że wyląduję na bruku i popełniam błąd. Wtedy postanowiłem sobie, że udowodnię mu, że to on się myli, a nie ja. Udało mi się. Nie rozmawialiśmy przez kilka miesięcy, ale jak zobaczył w zeszłym roku to, co osiągnęliśmy, i jak cieszy mnie to, co robię, zrozumiał, że się mylił. Potrafił przyjść, przeprosić i przyznać, że miałem rację. To było moje małe zwycięstwo, które nakręciło mnie do dalszej pracy.

I ostatnie pytanie, w jaki sposób dobieracie pracowników?

: Stawiamy na młodych, energicznych i sympatycznych. Na ludzi, z którymi da się utrzymywać kontakt, którzy będą robili w pracy to co my, czyli dadzą z siebie wszystko.

Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia za rok! Powodzenia!

Zródło zdjęć: HowHigh Sports & Events
Korekta: Kajetan Woźnikowski