Wujaszek Wania

Autorska melancholia Czechowa, tęsknota będąca jego nierozłącznym atrybutem. Skomplikowany świat skomplikowanych uczuć, w którym trudno odróżnić miłość od nienawiści. Nowe filozofie głoszące, że filozofia to bezsensowna iluzja. Wreszcie hula hop, metafora odrobiny ekscentryczności tkwiącej głęboko w każdym z nas. A być może tym razem, odrzucając własne domysły, wypadałoby przyznać, że hula hop to po prostu hula hop?

Dwa dni przed premierą długo wyczekiwanego przez bielską publiczność spektaklu „Wujaszek Wania”, odbyło się spotkanie twórców z dziennikarzami. Magiczna atmosfera Teatru, czekoladowe ciasto, w dłoni dyktafon, a wokół wyjątkowi aktorzy i artyści.

Każdego dnia bielska scena przewraca się do góry nogami, przeobraża się z roztańczonej Grecji w słoneczną La Manchę, innym razem mroczna lady Makbet przybiera kształt humanoida. W międzyczasie Witold Śmigasiewicz zaskakuje i postanawia wybudować… szklarnię.

„Otaczają ciebie dziwadła; same dziwadła; poobcujesz z takimi parę lat i sam – nawet się nie spostrzeżesz – stajesz się takim samym dziwadłem. Nieunikniony los”.

Najzwyklejsza w świecie szklarnia. Mały azyl oddalony niby od widza w czasie i w przestrzeni, jednocześnie tak bardzo bliski każdemu z nas. Wokół cichy dźwięk migawek aparatów reporterskich, a na scenie już nie aktorzy, a ludzkie charaktery ubrane w skórę.

I choć początkowo może się wydawać, że wszystko jest wyolbrzymione i przejaskrawione, to jednak jaskrawości w „Wujaszku” z pewnością nie znajdziemy. Zamiast tego wszystkie – istniejące i nie – odcienie szarości; aura nostalgii, jak gdyby zza kulis miało wyskoczyć za moment Zjesieniałe Zmrocze pana Leśmiana.

„Jestem wariatem, a nie są wariatami ci, którzy pod maską profesora, uczonego maga, kryją swoje beztalencie, swoją tępotę, swój o pomstę wołający brak serca”. 

Warto wybrać się na spektakl, stanąć przed szklarnią i przejrzeć się w jednej z wielu popękanych szyb. Kto okaże się naszym lustrzanym odbiciem? Czy sceptyczny Wania patrzący na życie z rezygnacją, marząc o niemożliwym? Być może stwarzająca pozory Helena, która – cytując Astrowa – „jest piękna, niewątpliwie, ale… przecież ona tylko je, śpi, przechadza się, czaruje wszystkich swoją pięknością i nic więcej. A może ujrzymy Sonię, wprowadzającą do seledynowej szklarni odrobinę koloru i słodkiej naiwności, której czasem potrzebuje każdy z nas?

„W taką pogodę dobrze jest się powiesić”.

Często i coraz częściej budujemy wokół siebie swoje własne, małe szklarnie. Nierzadko dźwiękoszczelne i skrzętnie osłaniane przed drugim człowiekiem. W którąkolwiek stronę nie spojrzymy, widzimy tylko własną twarz, własne oczy odbijające się w szybie szklarni, jak w lustrze. Czasem warto zaryzykować i zbić szybkę, wyjrzeć nieśmiało poza swój ściśle strzeżony ogródek i wpuścić do środka trochę słońca. W końcu – na przekór Wani – trzeba przyznać, że kiedy świeci słońce, ciężko jest się powiesić.


Zdjęcia: Dorota Koperska / Teatr Polski
Korekta: Justyna Fołta