Dorastanie klatka po klatce

Większość blockbusterowych animowanych produkcji w dzisiejszych czasach jest oparta o technologię komputerową, ponieważ ta nie wymaga tytanicznego nakładu pracy i – ponoć – poszerza spectrum możliwości. Studio Laika wraz ze swoją najnowszą produkcją „Kubo i dwie struny” zadaje kłam tym przekonaniom w sposób iście zjawiskowy, pokazując, że sztuka animacji poklatkowych w niczym nie odstaje od tych wygenerowanych cyfrowo.

Laikę możecie kojarzyć choćby z „Koraliny”, czyli mojego osobistego koszmaru z dzieciństwa. I muszę przyznać, że gdy po seansie dowiedziałem się o tym, iż za „Kubo i dwie struny” odpowiada ta sama wytwórnia, to postanowiłem niebawem ponownie skonfrontować się z „Koraliną” i odkryć ją na nowo.

„Kubo i dwie struny” to przede wszystkim bardzo dobra fuzja elementów fantastycznych z uniwersalną opowieścią o rodzinie, dorastaniu i mocy uczuć. Gdy matka tytułowego bohatera dosłownie ucieka z nieba w objęcia ziemskiego samuraja, jej ojciec, Księżycowy Król, postanawia powziąć zemstę na Kubo, szukając go nocami po całym świecie. Kiedy chłopak na przekór matczynym zakazom nie wraca do domu przed zmierzchem, zostaje zmuszony stawić czoła dziadkowi i odnaleźć wszystkie trzy elementy legendarnej zbroi.

W opowieści Laiki znajdziemy zarówno gęsty, mistyczny klimat, jak i intymne dialogi. Już po paru minutach emanujący unikatowością, ręcznie wykreowany świat „Kubo…” bezpowrotnie wciąga widza w perypetie głównego bohatera. Niemal każda klatka to uczta dla oczu, a metoda druku 3D tylko ten zachwyt potęguje. Wszystkie przewijające się w produkcji kukiełki tętnią życiem, mimika ich twarzy jest nienaganna, a ich ruchy wydają się naturalne. Dużą rolę odgrywa w tej materii także oświetlenie. Gra kolorów, szczególnie zauważalna podczas rozmów Kubo z matką, znamionuje każdą z postaci, a światła wprowadzają do produkcji wspomniany wcześniej mistyczny klimat. Pod względem estetycznym „Kubo…” to zapewne jeden z najładniejszych filmów, jakie mogliśmy zobaczyć w ostatnich latach.

Niestety, jeśli chodzi o pozostałe aspekty filmu, produkcja Laiki nie jest bezbłędna. Przejście do drugiego aktu sprawia wrażenie zbyt raptownego i pozostawiło mnie z mętlikiem w głowie. Bardzo gwałtowne przedstawienie widzowi dwóch kompanów Kubo również nie wyszło Laice na dobre, a gruntowna zmiana scenerii w przeciągu zaledwie kilku minut przytłacza i wprowadza zamęt w dotychczas spójnej produkcji. Punkt zwrotny „Kubo…” także nie stanowi większego zaskoczenia, a tylko potwierdzenie domysłów co bardziej przenikliwego kinomana. Świetny trzeci akt względnie te wady rekompensuje, podając na deser satysfakcjonujące zakończenie.

Nie można oczywiście pozostawić bez wzmianki fenomenalnej ścieżki dźwiękowej. Orientalne brzmienia wzbudzają emocje, gdzieniegdzie doprowadzając nawet do łez.

„Kubo i dwie struny” jest pięknym środkiem przekazu uniwersalnych wartości takich, jak miłość czy rodzina. Oprócz tego opowieść twórców „Koraliny” porusza bardziej złożoną tematykę, a poprzez „wielowarstwowe” dialogi wykracza poza ramy idyllicznego filmu o oklepanym przesłaniu. Niewątpliwie produkcja studia Laika jest warta zobaczenia w kinie.

Recenzja powstała dzięki współpracy z kinem Helios w Bielsku-Białej.

Grafika: fragment plakatu / materiały promocyjne
Korekta: Ewa Kuchta