Łyżka dziegciu w beczce marzeń

„La La Land” chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Film-fenomen, dzieło profesjonała w swoim fachu, Damiana Chazelle. Niezmordowany zbieracz statuetek i potentat tegorocznych Oscarów. Krytycy są wobec „La La Land” jednogłośni, o czym świadczy już chociażby czternaście nominacji do Nagród Akademii Filmowej. Jak to jednak wygląda z perspektywy przeciętnego widza? Czy produkcja Chazelle’a to rzeczywiście czarny koń dwa tysiące siedemnastego roku?

W moim mniemaniu tak. „La La Land” skupia w sobie wiele rzeczy, które odróżniają go od generycznego, przecukrzonego musicalu mającego na celu jedno – wzruszenie widza, czy to poprzez manieryczne wyciskacze łez, czy tandetną opowieść o niespełnionej miłości. Przyjrzyjmy się zatem bliżej elementom składającym się na egzotyczność najnowszego filmu reżysera „Whiplash”.

Seb i Mia to dwójka wielkomiejskich marzycieli z Los Angeles. On – niespełniony pianista, ona – aspirująca aktorka i scenarzystka. Jak to zwykle bywa, wskutek przypadkowego spotkania połączą ich pasja i pasmo niepowodzeń w życiu.

Pierwszemu spotkaniu duetu Gosling-Stone towarzyszy wibrująca kolorami, skoczna partia musicalowa, która nie tylko udanie łączy miejską industrię z żywą choreografią, ale stanowi też ekspozycję dla dalszej części filmu. „Another Day of Sun” to w zasadzie melodyjne streszczenie „La La Land”. Czy widz jednak jest tego świadom po paru minutach na sali? Oczywiście, że nie. I tu właśnie przejawia się w pełnej krasie esencja geniuszu „La La Land” – zabiegi stylistyczne.

Produkcję Chazelle’a znamionuje pewna wielowarstwowość – podczas pierwszego seansu nasz umysł chłonie emocjonalny ciężar perypetii Seba i Mii, podczas następnego natomiast zaczynamy dostrzegać alegorie i symbolizm niektórych elementów scenografii i wokalnych. Za przykład może tutaj posłużyć choćby wykonanie „City of Stars”, kiedy to Gosling przechadza się promenadą pośród purpury zachodzącego słońca i gwiazdopodobnych, sferycznych latarni. Partie musicalowe są tu refleksyjne i służą zarówno psychologicznemu pogłębieniu wizerunku postaci, jak i wprowadzeniu do filmu tej typowej dla swego gatunku, nieco surrealistycznej narracji.

Musicalowa rzeczywistość

W tym momencie na wierzch wychodzi także doskonała gra aktorska, która pozwala na antagonistyczną kompozycję produkcji. W pierwszych dwóch aktach wszystko tryska bowiem barwami i energią, a bohaterowie nie widzą nic poza sobą; trzeci jest natomiast zupełnym tego przeciwieństwem. Jeśli dobrnęliście już tutaj, nie obejrzawszy zawczasu „La La Land”, to najwyższa pora, żebyście kliknęli na paskach swoich przeglądarek przycisk „cofnij”, bowiem recenzując film Chazelle’a, nie sposób nie wspomnieć o jego zakończeniu.

Wspomniany trzeci akt to dla „La La Land” exodus ze schematu. Miłość schodzi wówczas na drugi plan, a przed nią wysuwa się pragnienie sławy i świateł jupiterów. Siedziałem wryty w fotel, kiedy budowana przez ponad półtorej godziny relacja między Stone a Goslingiem obróciła się wniwecz, dodając do fantazji musicalu szczypty gorzkiej rzeczywistości. Feerie kolorów wcześniej przewijające się przez srebrny ekran szarzeją, beztroska narracja przybiera cięższy ton, realia wielkiego miasta pokazują swą ciemną stronę. A za tym wszystkim idzie jedno z najlepszych filmowych zakończeń, jakie w życiu dane mi było zobaczyć. Dystyngowana, odziana w czerń postać Mii wkracza do lokalu Seba, już nie jako aspirantka, lecz kobieta sukcesu, taksowana przez lepkie spojrzenia klienteli. Następne parę minut reżyser pokazuje widzowi, co mogłoby się stać, gdyby Stone związała się z Goslingiem… i koniec, kurtyna leci w dół, zapalają się światła.

„La La Land” nie tylko olśniewa przemyślaną choreografią, bajkowymi zdjęciami i dobraną scenografią – obnaża również paradoks, który wszyscy dobrze znamy. Goniąc za szczęściem, możemy je znaleźć, lecz nie w takiej postaci, jakiej oczekiwaliśmy. Lub nie znaleźć go w ogóle. Czasami marzenia okazują się przystępniejsze niż ich rzeczywiste odpowiedniki.

Źródło zdjęcia: imbd.com
Korekta: Aleksandra Dębińska