Pożegnanie z pazurem

Marvel zawsze znany był z lekkich, dostosowanych do młodszej widowni produkcji. Antagonistycznie działało DC – filmy konkurencyjnej wytwórni komiksowej stawiały z kolei bohaterów przed moralnymi dylematami, często zupełnie zmieniając ich charaktery. Problem w tym, że przeważnie nie kończyło się to pomyślnie. „Logan” zrywa z tymi konwenansami, pokazując pazur, którego od początku brakowało Marvelowi.

Niedaleka przyszłość. Logan (Hugh Jackman) zaczyna stopniowo tracić swoje moce i zarabia na życie jako prywatny szofer. Na swojej drodze napotyka X-23, młodocianą mutantkę o podobnych do niego zdolnościach.

Opatrzenie „Logana” kategorią wiekową R było strzałem w dziesiątkę. Eufemizowane wulgaryzmy nigdy dobrze nie wpisywały się w nihilistyczny charakter Wolverine’a, co Marvel najwyraźniej, rychło w czas, sobie uzmysłowił. Po kasowym sukcesie „Deadpoola” nic już nie stało na przeszkodzie, żeby tytułowego bohatera ukazać w prawdziwych kolorach. W ten oto sposób dostaliśmy produkcję, która może stawać w konkury z famą „Mrocznego Rycerza”.

Choć, muszę przyznać, nie od razu przekonany byłem o rzetelności laurów, jakie recenzenci sypali na głowę Jamesa Mangolda. Scena walki otwierająca film stanowiła bardzo dobrą ekspozycję dla zgorzkniałego, zmęczonego życiem Logana, lecz była przy tym niewiarygodnie chaotyczna i ciężko szło połapać się w tym, kto uderza kogo i czyja kończyna właśnie fruwa w powietrzu (fun fact: pierwsze słowo, jakie tłumaczone jest w filmie na język polski, to „pierdol się”). Poza tym niechlubnym wyjątkiem sekwencje akcji i stunt work stały jednak na dobrym poziomie i brak w nich było zahamowań, które limitowały poprzednie produkcje z Wolverinem w roli głównej. Zamiast tego postać Hugh Jackmana legitymuje się ciętym językiem oraz niekomfortową brutalnością.

Oaza niepokoju

Owa brutalność doskonale idzie w parze z wizją świata wykreowaną przez Jamesa Mangolda: jałowe pustkowia stykają się tu z futurystycznymi elementami, bezprawie kontrastuje z ekscentrycznością. Ponura scenografia już z miejsca daje widzowi asumpt do domysłów i empatii dla Wolverine’a. Jest to bowiem postać przedstawiona w sposób niemalże antagonistyczny, pełna boleści i pogardy dla świata. Hugh Jackman daje z siebie wszystko w roli anty-superbohatera, a oglądanie tego na srebrnym ekranie to czysta filmowa ekstaza. Logan ma dość odmieńczego życia, balansuje na granicy rozsypki. I wtedy zjawia się Dafne Keen, X-23.

Miałem wątpliwości co do tego, jak tak młoda aktorka udźwignie ciężar tak naturalistycznej produkcji. Cóż – udźwignęła, i na dodatek wyszła z tego obronną ręką. Charaktery dwójki superbohaterów są w pewnej mierze analogiczne, nie zostały one jednak wzajemnie przekalkowane: X-23 to w końcu dziecko i tak się zachowuje. Popkulturowego pierwowzoru „obcy-ojciec” można się doszukać między innymi w grze The Last of Us, bo ta do złudzenia przypomina dynamikę Wolverine’a i X-23. Między nieznajomymi sobie ludźmi wytwarza się więź, a jej ewolucja to jeden z głównych motywów obu tych produkcji.

Reasumując – wreszcie, po tylu fiaskach i porażkach, dostaliśmy film godny postaci Wolverine’a. Skrupulatnie skonstruowany scenariusz owocuje fascynującymi postaciami i przemyślanym trójpodziałem filmu. W „Loganie” jest miejsce na łzy, krew i miłość, czyli na wszystko, na co być powinno.

Korekta: Kajetan Woźnikowski
Źródło zdjęcia: filmweb.pl

Recenzja powstała dzięki współpracy z kinem Helios w Bielsku-Białej.