Mamo, mamo, chcę zostać grafomanem!

„ANA: (zagryza dolną wargę)
CHRISTIAN: Ana, nie zagryzaj wargi, przecież wiesz, jak to na mnie działa!
ANA: (nie słuchając, przygryza dalej)
CHRISTIAN: Ana! Nie wytrzymam!
(Christian nie wytrzymuje i rzuca się na Anę)”

Ten cytat w książce pojawia się jeszcze z 50 razy, średnio co 10 stron. Nie chcę marnować limitu znaków i grać na nerwach szefa, wstawiając go tutaj tyle razy, głównie dlatego, że pewnie byście tego wtedy nie czytali, a ja żyję z liczby kliknięć na ten artykuł. Uprzedzam więc Wasze pytanie i: nie, kolejne jego wersje niczym się nie różnią; nie, E. L. James nie wypieprzyła tych kłujących w oczy nawiasów.

Poezja Fana
Jak wszyscy wiemy (albo i nie), dzieło pod tytułem „50 twarzy Greya” było w chwili powstania niczym innym jak fanfiction „Zmierzchu”. Nie wiecie, co to fanfiction? To znaczy, że jesteście całkiem normalni, bo to dosyć nowe medium (tak, nie bójmy się użyć tego słowa) i dosyć mało rozpowszechnione w naszym nadwiślańskim kraju. Pierwotne założenie na papierze jest piękne jak słowa płynące z życiowego dzieła Karola Marksa. Fani piszą opowiadania bazujące (lub chociaż wpisujące się jakkolwiek w kanon) na ich ulubionych dziełach i publikują je bez żadnych pośredników na stronach internetowych obleganych przez innych fanów danego dzieła. W ten sposób sprawdzają jakość swojego dzieła, dostają ewentualne poparcie ze strony czytelników, doskonaląc swój warsztat i zyskując należną im sławę. Zbyt piękne, aby było prawdziwe. Niestety, tak jak utopijna wizja Marksa była piękna tylko na papierze, tak i społeczność fanficów działa tylko i wyłącznie w teorii. Bo rzetelnie rzecz biorąc, największe strony poświęcone temu zjawisku toną w opasłych, grafomańskich, całkowicie bezcelowych opowiadaniach erotycznych z dziwnymi wizjami pierwotnych bohaterów. Opasłe to może złe słowo, trochę eufemizm. Największy dotąd zarejestrowany fanfic (to taki skrót od fanfiction dla mniej zorientowanych) ma około 450 tysięcy znaków… aż strach pomyśleć, że ktoś utalentowany mógłby napisać w takiej objętości chociażby „Wojnę i Pokój” czy „Pana Tadeusza”.

Przecieki z Piekła
Pewnie nie produkowałbym się tak bardzo na ten temat, gdyby te spasione, małe szatany zostały tam, gdzie ich miejsce, czyli w najgłębszych czeluściach Internetu. Niestety, nie zostały. Wyszły z iście diabelskim impetem, klonując się i sprzedając w liczbie 100 milionów egzemplarzy. Ciekawostka: z ilością sprzedanych egzemplarzy tego cuda może w Polsce konkurować tylko Biblia. Czy to nie cudowne, że w tak prochrześcijańskim kraju najlepiej sprzedającą się książką jest – nazwijmy to po imieniu – liryczny pornos? Fanficki zamieszały w głowach marketingowców, wskazując im sposób idealny na sprzedanie słabej książki. Bo tak się akurat składa, że E. L. James dając Edwardowi kajdanki, pejcze i pończochy, spowodowała prawdziwy wylew internetowych fanficów na papier.

Małe Frankensteiny
Kiedy tylko wspomniany wyżej erotyczny hit rozszedł się w tak oszałamiającej liczbie egzemplarzy, agenci różnych co bardziej to komercyjnych wydawnictw, jak hieny rzucili się na poszukiwanie innych, równie chwytliwych dzieł. A znaleźli tego dużo, od dziwnych wypaczeń „Igrzysk śmierci”, po autorskie połączenie „Szklanej pułapki” i Dowolnej Waszej Ulubionej Bajki z Dzieciństwa włącznie. Kiedy już wybrali swoje ulubione kupki kiczu, bezzwłocznie przystąpili do ich publikacji, a następnie do promowania swoich świeżutkich znalezisk. W ślad za nimi ruszyli producenci filmowi i tak powstały koncepty tak wybitne, jak chociażby „Niezgodna” czy spodziewana niedługo ekranizacja Edwarda w wersji sado-maso.

Nieważne, jak mężczyzna rozpoczyna, ważne, jak kończy
Ciągle mam jednak nadzieję, może złudną, że po tak udanym starcie (komercyjnym) i tak nieudanym falstarcie (jeśli chodzi o jakość dzieł) stron z fanficami amatorscy pisarze zaczną dostrzegać ewentualny potencjał tej idei i zaczną produkować rzeczy ambitniejsze niż przekształcenie ich ulubionego filmu w niskiej klasy porno. Bo mimo wszystko, mimo moich narzekań i żółci wylanej na pisarzy fanficów, to zjawisko ma nie tylko potencjał, ale przede wszystkim może się przysłużyć dopiero co zaczynającym pisarzom, którzy w ten sposób mogą podszkolić swój warsztat bez ryzyka, że wydadzą coś, co w perspektywie kolejnych 10 lat zmusi ich do zmiany nazwiska. Tak! Do Ciebie mówię, Eriko Leonard!

Zdjęcia: Michał Rezik (http://www.mrphoto.zz.mu/)
Redakcja: Ewa Furtak
Korekta: Ewa Kuchta