„Ja wierzę w miłość”

Tak, taki frazes pojawia się w „Wonder Woman” i – oczywiście – wypływa z ust tytułowej bohaterki. Wiem, pewnie myślicie: „Jezu, ale kicz”. Czy macie rację? Jak najbardziej. Cytując jednakże Gal Gadot: „To tylko półprawda”.

Diana (Gal Gadot) to ostatnie amazońskie dziecko, które wiedzie idylliczne, pozbawione zmartwień życie wśród swych krajanek na Themyscirze, wyspie ukrytej przed światem ludzi przez Zeusa. Gdy pewnego dnia u jej wybrzeży rozbija się samolot Steve’a Trevora (Chris Pine), a Amazonki dowiadują się o trwającej na zewnątrz I Wojnie Światowej, o której rozpętanie posądzają Aresa, Diana wraz z pilotem wyruszają na krucjatę przeciwko bogu wojny.

W przeciwieństwie do ostatnich produkcji DC, „Wonder Woman” proklamuje, jakby na to nie patrzeć, truistyczne wartości – miłość, poświęcenie, przyjaźń. I także w przeciwieństwie do nich, udaje jej się znaleźć złoty środek w wadze moralnej filmu.

Wolnościowe komunały równoważy główny antagonista, którego motywy są wiarygodne i stanowią komplementację jego boskiego światopoglądu. Odróżnia go to od pary szalonych, kreskówkowych antagonistów drugoplanowych. Dialog między nimi, a w szczególności humor, bywają… cóż, kreskówkowe. Są to typowe archetypy „geniuszów zła”, których zło potęgują złowieszczy śmiech i niecne plany.

Choć suponuję, że nawet gdyby tych równoważników nie było, to na seansie i tak bawiłbym się wybornie. Patty Jenkins (reżyser) wyznaczyła sobie cel i nie próbowała się z nim krygować: stworzyć przystępny, optymistyczny blockbuster w dobrym stylu. Zadanie wypełniła w stu procentach. „Wonder Woman” to produkcja samoświadoma, która zamiast robić z siebie filozoficzny dramat (patrz: Batman v Superman), szlifuje walory produkcyjne. Gal Gadot daje z siebie wszystko w zbroi amazonki (swoją drogą zaprojektowanej wyśmienicie, podobnie jak wszystkie kostiumy), pomimo że miejscami bardziej przypomina supermodelkę aniżeli walczącą na froncie półboginię. Matthew Jensen (zdjęcia) mądrze operuje kolorami, często zestawiając główną bohaterkę z triadą czerwonego, żółtego i niebieskiego. Każdą scenę, każdy akt charakteryzują odrębne palety barw, które oddziałują na ich odbiór przez widza. Ścieżka dźwiękowa przydaje patosu punktom kulminacyjnym filmu, a frenetyczny motyw głównej bohaterki zapada głęboko w pamięć. To samo, niestety, tyczy się efektów specjalnych, których „specjalność” momentami zbyt rzuca się w oczy.

Warto zwrócić także uwagę na obraz wyżej nadmienionej I Wojny Światowej w „Wonder Woman”. Nieraz jest ona w filmie utożsamiana z „końcem świata” lub „dziełem Aresa”. Z perspektywy dzisiejszych czasów może się to wydawać nieco absurdalne, stanowi jednak niezłą egzemplifikację ówczesnej mentalności. Gdy wkoło świstały kule, waliły się budynki i eksplodowały bomby, naprawdę łatwo było postradać rozum.

Trudno w „Wonder Woman” doszukać się czegoś nadzwyczajnego. Przejaskrawione sceny akcji idą tu w parze z zupełnie zbędnymi, wertykalnymi ujęciami i zgrzytliwą edycją. Mimo tego produkcji Patty Jenkins nie sposób odmówić uroku, solidnego wykonania oraz – przede wszystkim – duszy, której tak DC brakowało.

Recenzja powstała dzięki współpracy z kinem Helios w Bielsku-Białej.

Korekta: redakcjaBB
Zdjęcie: filmweb.pl

 

  • Kajetan Woźnikowski

    Zaczyna się jak kobieca wersja Kapitana Ameryki – jest wojna i irytująco naiwny superbohater, a kończy się jak Harry Potter – Lupin znowu okazuje się mieć złe alter ego i główni bohaterowie muszą z nim walczyć. :D