Jazztival

W polskiej stolicy jazzu pojawił się nowy festiwal muzyczny – JAZZTIVAL. Może dziwić, że zdecydowano się zorganizować takie wydarzenie w mieście, w którym odbywa się już Zadymka Jazzowa i Jazzowa Jesień. Mimo to JAZZTIVAL doskonale znalazł sobie miejsce wśród innych imprez – zaproszono wyjątkowych muzyków, z których każdy wytworzył inną i niepowtarzalną atmosferę. Wszystko wskazuje na to, że nowy festiwal jazzowy zdobył serca miłośników jazzu z Bielska-Białej. Czekamy na kolejną edycję.

Piątek w Ustroniu był chłodny, co z pewnością mogło przeszkadzać zarówno muzykom jak i audytorium zgromadzonemu w amfiteatrze. Chłodny wiatr jednak przestał być odczuwalny, gdy Grzech Piotrowski przedstawił już swoją sekcję rytmiczną i zaczęli grać muzykę wyjątkowo wpadającą w ucho, a jednocześnie wyrafinowaną i intelektualną. Ciągle nie mogę wyrzucić z głowy tematu utworu „Emoq” i, o dziwo, dobrze się z tym czuję!

Jeszcze w piątek wydarzenie przeniosło się do Jazzclubu Metrum, gdzie występ dał Ghostman z Piotrem Matusikiem, co jednak nie zakończyło jeszcze pierwszego dnia festiwalu – muzycy zespołu Grzecha Piotrowskiego rozkręcili jeszcze jam session, kończąc ten intensywny, jazzowy dzień kultowym Careless Whisper.

Sobotni koncert wprawił mnie w całkowity zachwyt. Najpierw na scenie pojawiła się trójka rosyjskich muzyków tworzących Anton Revnyuk LRK Trio. Myślę, że nie przesadzę, nazywając ich grę wirtuozowską. Pewne jest jednak, że ta trójka doskonale się rozumiała. Brzmieli, jakby czytali sobie w myślach. Ta niezwykła współpraca w połączeniu z ich kreatywnymi i przemyślanymi kompozycjami sprawiła, że płyty rozeszły się jeszcze zanim zdążyłem dojść do kasy.

Po koncercie moskiewskich muzyków wielu mogło pomyśleć, że poprzeczka została zawieszona zbyt wysoko dla kolejnych artystów, którzy mieli wystąpić po krótkiej przerwie – byli to Besquidians z Krzysztofem Dziedzicem. Ci, którzy tak sądzili z pewnością, byli oczarowani tym, jak nasi lokalni muzycy przeskoczyli tę poprzeczkę za pomocą wyjątkowej fuzji muzyki góralskiej i jazzu. Pierwszy raz słyszałem to połączenie i oniemiałem słysząc, jak płynnie Besquidians poruszali się między stylami. Polska stolica jazzu zatem zdecydowanie pokazała, że nie tylko liczba organizowanych festiwali decyduje o utrzymywaniu takiego tytułu.

Festiwal zakończył się dwoma świetnymi koncertami, które kontrastowały ze sobą. Pierwszy wystąpił Eivind Aarset ze swoim kwartetem złożonym z dwóch perkusji, basu, gitary… i ogromnej ilości elektroniki. Nie był to z pewnością jeden ze standardowych koncertów jazzowych. Wręcz przeciwnie, norweski zespół charakteryzuje się ciężkim, nieco ambientowym brzmieniem. Być może to nie było to, czego spodziewało się audytorium, ale reakcja była niezwykle entuzjastyczna – brawa rozbrzmiewały dłużej, niż muzycy się prawdopodobnie spodziewali, a po zagraniu zaplanowanych utworów publiczność nie dała muzykom skończyć bez zagrania jeszcze jednego utworu. W przerwie, gdy sprzątano wszystkie instrumenty perkusyjne i sprzęt elektroniczny (było tego naprawdę dużo), cały czas było czuć w powietrzu zachwyt tym, co się wydarzyło.

Ostatni koncert wykonało trio fortepian-kontrabas-perkusja z pianistką Kasią Pietrzko jako liderką. Występ ten stanowił wyraźny kontrast do poprzedniego – trójka muzyków grała muzykę dużo bardziej osadzoną w tradycji jazzowej. Koncert miał promować nową płytę artystki, więc mogliśmy usłyszeć jej kompozycje zawarte na tej płycie.

Jazztival nie jest (jeszcze?) festiwalem przyciągającym największe światowe gwiazdy, ale właśnie na tym polega jego urok. Wszystkie koncerty odbył się w świetnym, nieco kameralnym otoczeniu, więc atmosfera była zupełnie inna niż na wielkich koncertach w salach koncertowych. Każdy koncert był wart przybycia, dlatego sądzę, że żaden miłośnik jazzu czy muzyki w ogóle nie pożałuje, pojawiając się na kolejnej edycji.

Korekta: Bartłomiej Malec
Zdjęcia: Grabowski Sound & Image

Teksty
Krzysztof Lach