„Czujesz cyrk, Georgie?”

Scena otwierająca "TO" budzi wielkie nadzieje. Jest chimeryczna i nastrojowa, a przy tym niepozbawiona dziecięcej naiwności. Widząc to, Stephen King z pewnością ucieszyłby się, że Hollywood wreszcie dorosło do poziomu jego książek… gdyby tylko wyszedł w połowie seansu.

Akcja najnowszej adaptacji twórczości Kinga rozgrywa się w miasteczku Derry, którego młodzież terroryzuje klaun nazywający się Pennywisem, Tańczącym Klaunem (Bill Skarsgård). Gdy zarzuca sidła na paczkę szkolniaków, patrzymy, jak ci podejmują rękawicę i obmyślają plan pozbycia się straszydła raz na zawsze. Reżyser Andres Muschietti serwuje widzowi sentymentalną, niepozbawioną swoich momentów alegorię dorastania, która kiełkuje w pierwszym akcie, ale nie rozkwita w pełni podczas pozostałych dwóch.

„Czujesz cyrk, Georgie?” to zdanie, które pojawia się już w pierwszych minutach filmu. Wtedy widz zaznajamia się z kapitalnie ucharakteryzowaną postacią Pennywise’a, poznaje fobie bohaterów i przedakcję filmu. Wszystko to utrzymano w doskonałym smaku, pod przykrywką urzekającej oprawy audiowizualnej i niezaprzeczalnej charyzmy młodocianej obsady.

Pomimo bardzo rozczłonkowanej formy narracji z lupą trzeba byłoby szukać tu niespójności; groza działa, położony zostaje fundament więzi odbiorcy z postaciami, zdjęciami można się miejscami zachwycić. Model „bohatera zbiorowego” sprawdza się w „TO” na tyle dobrze, by zaangażować widza emocjonalnie, ale niestety podupada w niektórych sytuacjach. Wątek miłosny między dwójką chłopaków a Beverly Marsh (Sophia Lillis), jedyną dziewczyną w Klubie Frajerów, nijak nie domyka się przez dwie godziny seansu, nie potrafi znaleźć dla siebie miejsca w ciasnym running time, błąkając się gdzieś po kliszy.

To, czym pierwsza połowa „TO” mnie kupiła, druga bierze i nienawistnie obraca wniwecz. Im dalej owa klisza wędruje, tym bardziej film pogrąża się w bagnie własnych schematów, niedomówień i sztampy. Główny marazm stanowi tu czas, bo ewidentnie zabrakło go na wyklarowanie niektórych kwestii.

Tak to już niestety jest z adaptacjami książek, a Muschietti i tak wychodzi z przedsięwzięcia obronną ręką. Czar Kinga znajduje tu ujście, owijając wyobraźnię widza wokół palca niczym bajarz rodem z fantastyki.

Przenoszenie słowa pisanego na srebrny ekran to spore wyzwanie niezależnie od okoliczności, szczególnie jeśli na warsztat bierze się twórczość jednego z najbardziej renomowanych pisarzy naszych czasów. Wielu reżyserów stanęło z nią w szranki, wielu poległo. Byli jednak zwycięzcy i teraz w ich poczet włączyć trzeba także Andresa Muschietti; wizja Argentyńczyka jest na tyle przejrzysta, że stanowi gratkę nawet dla osoby niezaznajomionej z materiałem źródłowym. Właśnie z tego w dużej mierze wynikają laudacje pod adresem „TO” – udźwignięcia ciężaru reputacji Kinga. Produkcja Muschietti’ego zdaje egzamin zarówno pod kątem alegorycznym, jak i dosłownym. Roi się tam od symboliki, ale też konkretów, między którymi scenarzyści znajdują złoty środek.

Całokształt „TO” jest zdecydowanie lepszy od sumy jego części składowych. To monumentalne dzieło o glinianych nogach, w którym ciężko się nie zakochać… i którego wad ciężko nie dojrzeć.

Korekta: redakcjaBB
Zdjęcie: filweb.pl