Kwadrat nieregularny

Sztuką może być wszystko: stół, pędzel, obraz, rzeźba. Przedmioty codziennego użytku, nawet jeśli wykonane po mistrzowsku, rzadko jednak rzucają się w oczy. Niewielu ludziom przyjdzie do głowy, że trzymana przez nich łyżka wyszła spod ręki profesjonalisty. Tym bardziej nikt nie zauważy podświetlonego kwadratu, wtopionego gdzieś w powierzchnię tłocznego centrum miasta. Chyba że zaczniemy promować go wybuchającym szwedzkim dzieckiem.

Mowa tutaj o obrazie pod tytułem „The Square” w reżyserii Rubena Östlunda. Szwed w swoim najnowszym dziele bierze na warsztat sztukę i przyodziewa ją w wyzywający, szykowny ciuch, który – jak się okazuje – leży na niej idealnie.

Czym jest „The Square”? Wtopionym w ziemię kwadratem, azylem od wszelkich trosk i zmartwień, enklawą ludzkiej dobroci pośród morza nienawiści. Jest wytworem wyobraźni Claesa Banga (Dominic West), dyrektora muzeum sztuki współczesnej z nową instalacją w perspektywie. Clou „The Square” nie jest jednak to, co w jego środku, ale to, co poza nim.

Widać to już od pierwszych minut filmu. Kadry są tutaj oszczędne, stałe, lecz przemyślane. Zmieniają się jak na produkcyjne realia rzadko, co wymusza rozegranie znacznej części akcji poza ich ramami. Jakby nie patrzeć, jest to sprytne działanie oszczędnościowe, które w rękach większości reżyserów pozostałoby… cóż, działaniem oszczędnościowym. Östlunda smaży tutaj jednak dwie pieczenie na jednym ogniu: zdjęcia w „The Square” przede wszystkim kreują atmosferę profanum, nomen omen tak sprzeczną z obranym motywem. W ogóle cały obraz Szweda bardziej przywodzi na myśl skojarzenia ze scenką rodzajową obudowaną górnolotną prezentacją niż odwrotnie.

Trzy grosze do prozaicznego mirażu dokładają także scenariusz i gra aktorska. Dialogi poprowadzone zostały naturalistycznie, w znacznej mierze za sprawką obsady. Co chwila przez skrupulatnie przemyślane kwestie przewijają się zająknięcia, myślicielskie „hmm” i  „mhm” sugerujące aprobatę. Co chwila ktoś drapie się po głowie, mruży oczy w udawanym skupieniu czy na próżno próbuje włączyć się do głośnej dyskusji. Wbrew pozorom harmonizuje to ze sobą bez zarzutu. Warsztat pisarski Östlunda jest rozwleczony, jakby celowo unikający meritum, skupiony na budowaniu mimetycznych konwersacji i czarnym poczuciu humoru. Komizm w „The Square” nie zawsze jest oczywisty, nie zawsze schludny i uporządkowany, ale to właśnie wyróżnia go na tle podobnych produkcji. W żadnym innym filmie nie zobaczysz jasnowłosej szwedzkiej sieroty wysadzanej w powietrze na filmie promocyjnym instalacji artystycznej, czy człowieka-małpy buszującego wśród designerskich marynarek na prestiżowej kolacji. Östlunda zwalnia wszelkie hamulce. Mimo tego „The Square” nie toczy się jednak tak szybko, jak powinno. Koniec filmu następuje niespodziewanie, poprzedzony wieloma momentami, w których kurtyna aż sama prosiła się o pociągnięcie w dół. W swoim ostatnim akcie seans dłuży się, bardzo zresztą niepotrzebnie.

Dzieło Szweda to jednak przede wszystkim doskonała satyra na sztukę, na elitaryzm, na realia współczesnego świata, momentami nawet na samą siebie. Trudno nie czerpać z takiej mieszanki przyjemności. „The Square” podnieca przepychem, bawi przyziemnością, znajdując przy tym czas na poruszenie uniwersalnych problemów, które rozbudzą serce każdego widza.

Recenzja powstała dzięki współpracy z kinem Helios w Bielsku-Białej.

Zdjęcie: materiały prasowe