Sukienka z pieluch i bandaży

Kilkugodzinne stanie w kolejkach, wyroby czekoladopodobne, pomarańcze na święta, godzina policyjna. PRL-owska rzeczywistość dla nas, młodych, brzmi dość abstrakcyjnie. Jednak nawet w tamtych trudnych czasach ważnym tematem była moda.

Kto chciał się ubierać modnie, ten wiedział, że w dobie PRL nic nie liczyło się tak bardzo jak znajomości czy rodzina na Zachodzie. Posiadając takie sieci, zawsze można było liczyć na paczki z używanymi, a nawet nowymi ubraniami przysłanymi z RFN (dzisiejsze Niemcy) bądź USA.

W Bielsku istniały różne punkty, w których można było zakupić jakiekolwiek ciuchy, a dokładniej rzecz biorąc „to, co rzucili”. Główną ulicą handlową była Dzierżyńskiego (dzisiaj to ul. 11 Listopada), gdzie godzinami stało się za spodniami ze sztruksu. Istniały komisy sprowadzające odzież z Zachodu, będące odpowiednikami dzisiejszych secondhandów. Funkcjonowały też tzw. „prywatki”, czyli prywatne sklepy zapewniające niezbyt dobrej jakości produkty.

Oczywiście nie można zapomnieć o legendarnych Pewexach, w których było wszystko od żywności po samochody. W Bielsku znajdowały się np. w Magurze na Złotych Łanach czy właśnie przy 11 Listopada w pasażu Pod Orłem. Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego posiadało jeden, wydawać by się mogło nieistotny, mankament. Trzeba było płacić w nim dolarami. Można je było dostać od kogoś mieszkającego za granicą albo od tzw. cinkciarzy. Stali pod każdym Pewexem, chętni do wymiany waluty, która – używając eufemizmu – po prostu się nie opłacała.

W dobie PRL istniało większe poszanowanie dla rzeczy osobistych. Gdy się coś psuło i samemu nie potrafiło się tego naprawić, szło się do fachowca. Nikomu nie wpadłoby do głowy, żeby kupować nową rzecz, zanim nie wypróbowało się wszystkich sposobów naprawy.

Buty zanosiło się do szewca, a rajstopy… No właśnie – gdzie rajstopy? W niektórych punktach handlowych były wydzielone małe stoiska, gdzie naprawiano pończochy i skarpety. Nazywało się to repasacją, a dotyczyła ona w szczególności nylonowych rajstop. W tej chwili zawód repasaczki już raczej nie istnieje. Niektórzy co najwyżej sami cerują sobie dziury.

Nastolatki lat 80. musiały być bardzo pomysłowe. Zdecydowana większość umiała robić na drutach i szydełkować, przez co mogły zapewnić sobie wymarzone swetry takie jak szetlandy.

Bielsko-Biała jako miasto przemysłu włókienniczego nie miało problemu z dostarczaniem materiałów. Korzystna była też umiejętność szycia lub chociaż posiadanie znajomej krawcowej. Jako materiału do uszycia, powiedzmy, spódnicy czy sukienki używano pieluch tetrowych (tak, normalnych pieluch – sprawdziłam) czy bandaży. Żeby dodać koloru ubraniom, zanosiło się je do farbiarni na ulicy Stojałowskiego, ewentualnie można było kupić farbki i zająć się tym samemu. Podobno niezwykle wyróżniającą się w Bielsku grupą była młodzież szkoły plastycznej, którą rozpoznawało się z daleka ze względu na ekscentryczne, niepowtarzalne stroje, których zapewne często się zazdrościło.

Codziennością było „dziedziczenie” ubrań po rodzeństwie, rodzicach, a nawet dziadkach. Tak było zwłaszcza w przypadku motocyklowych, skórzanych kurtek popularnych wśród chłopaków. Stwierdzenie, że „Polak potrafi” z pewnością jest więc w przypadku szytych własnoręcznie części garderoby w dobie PRL trafione. No bo serio… pieluchy?!

Artykuł został opublikowany w magazynie redakcjaBB #04. 

Zdjęcia: Magda Nitefor
Korekta: Ewa Kuchta

Teksty
Anna Bem