NAJTRUDNIEJSZY DYLEMAT CZŁOWIEKA

Fakt, że wśród całego kanonu emocji, jakie przeżywamy, znaleźć można tylko kilka oddziałujących na nas bezpośrednio pozytywnie, jest zarazem oczywisty i zaskakujący. W natłoku codziennych zajęć nikt nad tym nie rozmyśla przez dłuższą chwilę. Jednak analizując najprostsze zachowania i decyzje, zaczynając od godziny, o której wygrzebiemy się rankiem z łóżka, a kończąc na perypetii pod tytułem "Jeść deser czy nie?" można wyciągnąć bardzo prosty wniosek: człowiek nieustannie dąży do szczęścia. I równie często się z nim męczy.

Wydaje mi się, że w ogóle, jako cały gatunek, nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Patrzymy na szczęście często jak na banał omawiany setki lat, głupie cytaty i porady. Unikamy rozmów na ten temat. Kto zawsze odpowiada szczerze na pytania „Co u ciebie?” czy  „Jak się czujesz?” niech podniesie rękę do góry. Ile razy bez zastanowienia rzucamy szybkie „Wszystko w porządku” albo „Dobrze” i biegniemy dalej? Nie chcemy się chwalić, że coś się nam nie udało, a jeszcze bardziej nie chcemy przystanąć i pomyśleć, jaki faktycznie mamy nastrój albo co było przyczyną niepowodzenia. A później ni stąd, ni zowąd pojawiają się w domu awantury, zaniedbuje się obowiązki, kończą się przyjaźnie lub, co staje się coraz bardziej powszechne, znikają nam grube pieniądze wydawane na terapie. Może jeśli kilka miesięcy przed takimi wydarzeniami zastanowilibyśmy się, jak się czujemy, porozmawialibyśmy z kimś i zaczęlibyśmy dążyć do poprawy swojego stanu, uniknęlibyśmy tych problemów, błędnego koła? Może gdybyśmy wiedzieli, czym dla nas samych jest szczęście i poświęcali mu codziennie kilka chwil, radzilibyśmy sobie w życiu lepiej?

Paręset lat przed Chrystusem zaczęły się pojawiać pierwsze „przepisy” na osiągnięcie szczęścia.

Rzeczywiście, starożytni mieli całkiem niezłe pomysły. Zaczynając od cynizmu, przechodząc przez sceptycyzm, epikureizm i wreszcie stoicyzm odsłaniamy imponujący wachlarz możliwości. Po pierwsze, zostawmy wszystkie przedmioty materialne. Załóżmy lnianą koszulę i mieszkajmy na ulicy albo wędrujmy po całym świecie, ot tak. Byleby mieć cnotę. Nie osądzajmy niczego, przecież i tak nie jesteśmy pewni, czy rzeczywistość jest rzeczywista. Kierujmy się prawdopodobieństwem. Unikajmy też cierpienia – jeśli nie ma cierpienia, zostanie nam tylko szczęście. Chwytajmy dni, skoro mamy ich niewiele. I tak wszyscy umrzemy. Znajdźmy złoty środek, panujmy nad swoimi emocjami. Zaakceptujmy nasz los, co ma być, to będzie.

W istocie wszystkie z tych poglądów zawierają wielką mądrość, nie ma powodu się z tym kłócić. Idąc więc taką drogą, przeciętny Nowak, wypełniając każdą z ich zasad, powinien odczuwać radość codziennie. Ale czy kiedykolwiek znaleźliśmy informacje na temat ich skuteczności? Czy antyczni filozofowie przekazywali, że udało im się „wygrać życie” dzięki nim? Czy przykładowy Diogenes, wyrzekając się dóbr materialnych i mieszkając w swojej niewątpliwie przytulnej beczce był szczęśliwy? Cóż, tego na pewno nie analizuje się we współczesnych szkołach.

Obecne definiowanie i podejście do tego stanu umysłu sprawia wrażenie skrajnie sprzecznego.

Ludzie pragną być szczęśliwymi. Ludzie narzucają innym ludziom, że powinni być szczęśliwi. Ludzie wierzą i nie wierzą w filmowe szczęście i happy endy. Media huczą i buczą na ten temat, to niby takie popularne i  potrzebne. A w praktyce kolega mówiący „Jestem dzisiaj szczęśliwy!” to rzadkość. Z drugiej strony wybieramy czekoladę zamiast sałaty, bo to milsze. Idziemy do kina na komedię, zamiast na szczery dramat, bo przyjemniej się pośmiać niż rozumieć trudne sytuacje. Najwięcej wyświetleń w Internecie dostają nieporadne koty i nietrzeźwe towarzystwa, a nie przestrogi, problemy społeczne czy wołania o pomoc. Chodzimy na siłownię, bo to modne i chcemy wyglądać dobrze, a w środku jesteśmy emocjonalnymi wrakami i nie umielibyśmy wysłuchać płaczącego czwartoklasisty.

Jak wielkim staliśmy się paradoksem w tym dwudziestym pierwszym wieku. Goniąc za krótkoterminowym szczęściem, doprowadzamy się do długoterminowego nieszczęścia.

„Życie bowiem kosztuje. Życie to nie tylko szczęście i przyjemność. A raczej – nie ma szczęścia bez cierpienia”, mówi Zbigniew Mikołejko. I ma absolutną rację. Bo pytać, czy moglibyśmy znać szczęście, nie znając cierpienia, to tak, jakby ktoś żyjący od urodzenia w białym, pustym pokoju bez okien miał mieć pojęcie o istnieniu tęczy. To absurd! Widząc jedynie szczęście, uznawalibyśmy je za coś normalnego, przeciętnego i neutralnego. Jak porównać ze sobą dwa czynniki, gdy mamy tylko jeden czynnik?

Ludzie potrzebują cierpienia. Ono ich kształtuje, rozwija, hartuje i uczy. Zmienia poglądy. Wartościuje. Bez trudnych chwil nie umieliby oddawać się małym i wielkim zachwytom. Artyści bez cierpienia nie tworzyliby swoich najwspanialszych dzieł, bo ma ono tę nietypową właściwość, że inspiruje. Natomiast chęć osiągnięcia szczęścia za wszelką cenę albo z przymusu to chyba najgorsza rzecz, jaką można w tej kwestii wymyślić. Nie musimy codziennie odczuwać szczęścia. Naprawdę, nie musimy. Pozwólmy sobie na przeżywanie także gorszych dni. Prawdopodobnie zwykły śmiertelnik nawet nie potrafi odczuć jego pełni. I nie ma w tym nic złego, to nasza natura. Zarówno szczęście jak i nieszczęście powinniśmy akceptować i pielęgnować na swój sposób. To pierwsze doceniać, a z tego drugiego wyciągać wnioski.

A jeśli już wspomniałam o artystach, to warto się przy jednym zatrzymać na moment. Wiersz wybitnego noblisty, Czesława Miłosza, pt. „Dar” ukazuje miejsce, gdzie najbliżej nam do szczęścia. Ten kwitnący, zielony zakątek to prostota. Niezwykłość zwykłości. Uśmiechnięty spokój duszy. Wystarczy przeczytać kilka wersów, by zrozumieć, że szczęście nie mieszka w przepychu i ekstrawagancji, w patosie pustych słów. Szczęście to zachwyt drobnostkami. Tym gołębiem szukającym okruchów, tym światłem przemykającym między budynkami w ciekawy sposób. To umiejętność przebaczenia błędów nie komuś, za proste. Samemu sobie. To świadomość, że każdy człowiek jest wyjątkowy, więc ja również.
I to „niebieskie morze i żagle”. I cisza.

Gdybyśmy jednak chcieli pomówić o tym „większym” szczęściu, należy przede wszystkim zaznaczyć, że kryje się za nim rzeka przeróżnych wartości, w zależności od indywidualnego podejścia.

Wolność, której nie można zabrać, miłosierdzie Boga, miłość drugiej osoby. Tworzenie, samorealizacja, zdobywanie celów. Albo książka chłodnym wieczorem, smaczny obiad, spadające liście. Wiersze, pocałunki, ciekawy film i kubek dobrej kawy. Muzyka w słuchawkach, pusta droga na trasie samochodem, rozmowa z drugim człowiekiem. Powrót do domu, zapierający dech w piersiach widok, obrazy, stare fotografie. Poranny trening, jazda rowerem, spacer i taniec. Odbicia w jeziorze. Wschody i zachody słońca. Niebo pełne gwiazd. Narodziny dziecka. Chmury w zabawnych kształtach i miękka trawa. Szum wody, wiatru, zapach świeżych owoców. Kwiaty i drzewa, życzliwość. Szczere uśmiechy. Świadomość, że potrafisz sobie wyobrazić to wszystko teraz albo w dowolnym momencie.

Ważne jest, by pamiętać, że prawdziwe szczęście nie jest przymusem. Jest pięknem, które możemy dostrzegać w najmniejszym zakamarku, otrzymywać, dawać i tworzyć. Poświęcajmy mu trochę naszego cennego czasu i uwagi. Patrzmy głębiej w jego poszukiwaniu, a nie tylko powierzchownie. Rozmawiajmy o nim, dzielmy się, bo tematu szczęścia nie da się zamknąć w kilku kartkach treści.

Życzmy sobie nawzajem codziennie miłego dnia.

Zdjęcie: Zuzanna Kosmowska
Korekta i edycja: Dorota Łaski

Teksty
Helena Chwierut