Pokemony opanowały świat

W Pokémon GO grają miliony osób. Chodzą po mieście, zbierają cyberkieszonkowe potworki, narażając się tym samym na falę hejtu ze strony tych, którzy zachwytu grą nie podzielają. Przeciwnicy zarzucają wiele. Co takiego?

Gra weszła na rynek i od razu stała się czymś niezwykle popularnym, chociaż nie jest to pierwsza aplikacja tego typu. Pokémon GO opierają się na Ingressie, pierwszym produkcie Niantic – grze, która w dużym skrócie polega na zdobywaniu portali. Zbieranie Pokemonów jest jednak dużo prostsze, nie wymaga myślenia ani planowania, a wielu osobom miło się kojarzy: z dzieciństwem, oglądaniem anime, wspólnymi grami, zbieraniem kart czy z maskotkami Pikachu.

Mimo wielu niedopracowanych elementów, aplikacja niewątpliwie jest ciekawym produktem. Po pierwsze, dla wielu osób jest to pierwszy kontakt z grą, która wymaga od nas rzeczywistego ruchu, wyjścia z domu. Po drugie, zaprasza do interakcji z innymi ludźmi. Możemy spacerować z kimś, nie musimy grać sami. Po trzecie, pozwala nam zaobserwować to, jak zmienia się świat. Mój nauczyciel informatyki z liceum (ukłon w stronę pana Bartka) powiedział kiedyś, że ludzie starsi, np. po czterdziestce, mają dwa światy: wirtualny i rzeczywisty. Pewne rzeczy robią na żywo, inne w Internecie. Natomiast młodzież ma jeden świat, który się przenika. Pokémon GO to idealny przykład tego, jak kolejne warstwy nakładane są na rzeczywistość, w której żyjemy.

Systemy umożliwiające tworzenie własnych map i nanoszenie punktów, np. ArcGIS, stają się coraz popularniejsze. Być może za jakiś czas nie tylko będziemy zajmować portale i zbierać Pokemony, ale również grać w gry fabularne, strategiczne, za pomocą map tworzyć gry terenowe czy jeszcze lepsze przewodniki. Pokémon GO to tylko jeden z przykładów, że świat wirtualny i rzeczywisty przenikając się, zlewają się w jedno.

Skąd ten cały hejt?

Pokemony swoich przeciwników mają od zawsze. Kiedy japoński serial anime był emitowany w Polsacie, wiele osób bojkotowało go. Nie pamiętam za co. Zawsze znajdą się jakieś środowiska, które wymyślą powód, aby się przyczepić. I wydaje mi się, że to właśnie ci sami antyfani obudzili się wraz z premierą nowej aplikacji.

Kolejnym problemem jest głupota i nieodpowiedzialność graczy oraz wynikające z tych cech zachowania, a mianowicie łamanie ogólnie przyjętych norm oraz prawa. Punkty w grze Ingress zgłaszali gracze, głównie były to zabytki i miejsca pamięci. Później te punkty zostały zabrane i wykorzystane przez Pokémon GO, a niektóre nazwy wciąż nie zostały zmienione. W ten sposób istnieją pokestopy o nazwach „Pomnik ku pamięci Żołnierzy Wyklętych” i mamy np. do czynienia z graczami, którzy chodzą po Auschwitz, szukając pokemonów. Nawet jeśli osoba zbierająca Pokemony w takim miejscu nie zakłóca porządku, to zawsze znajdą się osoby, którym będzie to przeszkadzać.

Wśród graczy Ingress robiono kiedyś ankietę, z której wynikało, że ponad połowa graczy chociaż raz złamała prawo, np. podczas gry przeszła przez ulicę w miejscu niedozwolonym. W aplikacji Pokémon GO już teraz sytuacja ma się o wiele gorzej. Pokemony pojawiają się w losowych miejscach, a użytkowników łamiących przepisy jest dużo więcej.

Wydaje mi się, że Pokemon GO to moda. Dziesięć lat temu wszyscy grali w WoWa, pięć lat temu w LoLa, niedawno modny był CS GO. Teraz wszyscy zbierają „kieszonkowe potworki”. Za jakiś czas większości się znudzi, jednak najwierniejsi gracze pozostaną. Niewątpliwe jest jednak to, że na systemie nawigacji satelitarnej GPS będzie bazować coraz więcej gier, bo jest to naprawdę ciekawe i pozostawia programistom ogromne pole do popisu. Flappy Bird miało swoje pięć minut, teraz kolej na Pokémon GO. W co wszyscy będą grać za rok? Nie da się tego przewidzieć, pozostaje czekać.

Zdjęcie: www.styledigger.com
Korekta: Aleksandra Dębińska