Nankin

Kolejny czerwcowy poranek powitał mnie niezmienną, widoczną z okna panoramą Nankinu, która aż paliła w oczy swoją zwyczajnością. Nad miastem wznosił się szczyt Zijin Shan, Góry Purpurowo Złotej. Za dwadzieścia kilka lat mojego urzędowania zbocze od strony miasta zarosło domkami niczym długo niekoszony ogród chwastami. Jeśliby wytężyć zmętniały już wzrok ponadsześćdziesięcioletniego starca, można dojrzeć ujście Jangcy i port.

Co rano przy rzece robi się czarno od krzątających się czeladników farbiarni i innych faktorii ukierunkowanych na produkcję tkanin. Gdy się zastanowić, ciężko byłoby znaleźć w mieście kogoś, kto w takiej nie pracuje. Bliskość bieżącej wody i gigantyczne zapotrzebowanie handlowe Korony praktycznie nie dają szans na rozwój innych gałęzi gospodarki. Ach, tak, jest jeszcze opium.

Ot tak się nie umiera
Gdybym tylko mógł, zakazałbym hodowli tego świństwa. Jestem w końcu Gubernatorem Prowincji! Ale przy okazji jestem „tylko” nim. Czy wszyscy już zapomnieli, co wydarzyło się dokładnie przed dziesięciu laty? Brązowe czy srebrne monety, kogo to gówno w ogóle obchodzi?! Przyczyna była tylko jedna. I było nią opium. Niedaleko stąd, na pokładzie zacumowanego w porcie „Cornwallisa”, podpisano traktat pokojowy. To powinno nas czegoś nauczyć. Ale eksportujemy opium nadal.

Dźwignąwszy się w końcu z łoża, spojrzałem za okno jeszcze raz, z tęsknotą. Elizabeth uwielbiała spacery w pobliżu wody. Cudownie było oglądać ją uśmiechniętą. Idiotyczne wojny i spory… Lekarze chcieli mi wmówić malarię, ale nie umiera się ot tak po wybuchu konfliktu. Zabiły ją nerwy, niepokój o mnie.

Monotonia jest nieznośna
W końcu oderwałem wzrok od widoku napędzającego spiralę nostalgii. Jako Gubernator mam przecież swoje obowiązki. Mój adiutant przygotował już kilka dokumentów do podpisania. Jak co rano. Nieznośna monotonia… Który to mamy rok? Zapewne 1849. Nie sposób ich odróżnić, są zbyt podobne.

Na samej górze nienagannie ułożonej stertki papierów leżał ukaz zobowiązujący hodowców do zwiększenia wydajności w zbiorach opium. Podpisywałem już podobne niezliczoną ilość razy. Procedura. „Henry Longsdale” – wykaligrafowałem starannie i odcisnąłem pieczęć w czerwonym wosku. Zbyt wodnistym, kiedyś nawet wosk był lepszy.

Hipokryzja? Z pewnością nie. Tak po prawdzie, to mam to opium w głębokim poważaniu. Niech Chińczycy je sobie palą i trują własne umysły. Zupełnie mnie to nie obchodzi. Liczą się zyski. Ale przez sok niedojrzałych makówek zginęła moja żona! Pięść sama uderzyła w stół. Nie pierwszy raz. Solidny i kunsztownie zdobiony orzech wydał jęk niezadowolenia. – Kiedyś w końcu go złamię – pomyślałem.

Oby zdążyć przed wieczerzą
Zza drzwi wynurzyła się blada jak płótno twarz Arthura Chestera. Był to chudy człowieczek o szczurzej i zmęczonej fizjonomii, choć dopiero dobiegał czterdziestki.

– Sir… – gdyby jego głos był wytworem materialnym, zatrząsłby się i upadł, rozbijając się na kawałki. Spryciarz wyczuł, że jestem w złym humorze.

– Sir! – napotkawszy moje pełne zrozumienia i dobroduszności spojrzenie, zaczął znowu bardziej zdecydowanym tonem. – Czy pamięta pan o planowanej na dziś, to jest na 17-tego czerwca, inspekcji pól uprawnych maku? Ukaz, który położyłem na samym wierzchu, może łaskawe oko Jego Eminencji zechciało zauważyć…

Nie słuchałem kolejnych słów tego płaszczącego się lizusa. Wiadomo, co trzeba zrobić. Obejść kilka dobrze znanych miejsc, popędzić biednych nierobów do pracy i wrócić. Oby zdążyć przed wieczerzą.

Nie czekając na koniec usianej przymilnymi epitetami tyrady Chestera, wstałem zza biurka i zawołałem kamerdynera, żeby przyniósł mi płaszcz. Miejmy to jak najszybciej za sobą.

 Druga część opowiadania „Nankin” autorstwa Macieja Zuziaka już wkrótce!

 Korekta: Ewa Kuchta
Zdjęcia: Nina Mizgała