Dolce far niente*. Elba

Gościnność Włochów jest legendarna. Odwiedzając Elbę mogłam się o tym przekonać na własnej skórze. To, że nie znasz języka Dantego, w niczym nie przeszkadza, by miło gawędzić z tubylcami. Uśmiechem załatwisz tam wszystko.

Elba szczyci się historią sięgającą czasów przedromańskich, kiedy swoje osady mieli tu Ligurowie i Etruskowie. To największa wyspa Toskanii i trzecia pod względem wielkości wyspa Włoch. Turyści mogą tu zwiedzać zamki i miasteczka na wzgórzach, pływać w lazurowej wodzie, wylegiwać się na słońcu. W miejscowości Marina di Campo jest lotnisko, jednak większość ludzi przypływa promami do Portoferraio, Rio Marina lub Porto Azzurro.

Duch Napoleona

Do stolicy Elby, Portorerrario, przybyłam promem z Piombino. Podróż trwała godzinkę, wystarczająco długo, by napić się pysznej włoskiej kawy, przekąsić ciepłego jeszcze rogalika z czekoladą i zrobić kilka zdjęć. Miasto wznosi się amfiteatralnie nad portem, wzrok przykuwają czerwone dachówki, klimatu dodają wąskie uliczki, w których wieje chłodny wiatr. Elba znana jest głownie jako miejsce wygnania Napoleona, który przebywał tu 9 miesięcy. By odwiedzić muzeum Bonapartego, musiałam wdrapać się na sam szczyt wzniesienia, stromymi wąskimi uliczkami, w pełnym słońcu. Villa dei Mulini to piętrowy budynek z trzynastoma komnatami. Są tam m.in. wielki salon, salonik cesarza, biblioteka, sypialnia, gabinet, pokój egipski z hieroglifami na ścianach. Miejsce to ma też polski wątek. Cesarz przebywał tam między innymi ze stukonnym szwadronem wiernych Polaków. Oddział składał się z dwóch kompanii i liczył 109 ludzi (6 oficerów, 11 starszych podoficerów, 8 brygadierów, 2 trębaczy, kowala i 81 szwoleżerów). Widziałam tam proporzec z napisem Chevaulegeurs Polonais Escadron Napoleon (Pułk Szwoleżerów-Lansjerów Gwardii Cesarskiej), portret księcia- Józefa Poniatowskiego, obraz przedstawiający cesarza na biwaku w Polsce oraz dokumenty dotyczące polskich żołnierzy. Wszystko zachowało się w doskonałym stanie, niemal jakby Napoleon całkiem niedawno opuścił Elbę.

IMG_1155
Kolekcja bielizny i nie tylko

Nie miałyśmy na ten dzień napiętego grafiku niczym koźla skóra na tarabanie (zrobiło się patriotycznie), więc razem z mamą usnułyśmy ambitny plan, aby trochę poleniuchować i nabrać złotej opalenizny, bo to wręcz wstyd i hańba, by nie spędzić trochę czasu nad lazurowym morzem. Schodząc ze wzniesienia błądziłyśmy wąskimi uliczkami, zauroczone dosłownie wszystkim, co mijałyśmy. Mój aparat fotograficzny dokumentował bieliznę suszącą się nieskromnie nad ulicami. Wypatrzyłam dobre ujęcie. Naprzeciw „wytropionego” przeze mnie prania siedziały dwie kobiety. Uśmiechnęłam się ładnie i powiedziałam Buongiorno! akcentując, jak tylko najlepiej umiałam. Włosi to bardzo rozmowny naród, toteż miła pani od razu zainteresowała się tym, czemu z całej długiej ulicy wybrałam sobie akurat jej pranie. Powiedziałam drugie włoskie słowo, które znałam: pantaloni- i postukałam palcem w ekran mojego telefonu. Na komórce zgromadziłam niezłą kolekcję zdjęć suszącej się bielizny z mojego ukochanego Neapolu.

IMG_1142
Obydwie Włoszki zaczęły się śmiać, a ja nie wiedzieć czemu – śmiałam się razem z nimi. Już po kilku chwilach miłej pogawędki (tu zaznaczę, że nie mówię po włosku w ogóle) zostałyśmy z moja mamą zaproszone do domu jednej z pań. Miała na imię Guisy, była artystką zajmującą się rękodziełem. Pokazała nam części mieszkania, które sama ozdobiła. Miałam okazję zobaczyć, jak żyją przeciętni Włosi z północy i mogłam porównać ich z rodakami z południa. Guisy posadziła nas przy stole, opowiadała o swoim mężu marynarzu, o pogodzie i przysmakach. Jej mąż jest Tunezyjczykiem i jest młodszy od niej o caluteńkie 27 lat. Żadnej z nas nie przeszkadzało, że rozumiemy może co trzecie słowo. Ratunkiem był nasz hiszpański i szerokie uśmiechy. Wymieniłyśmy się namiarami na Facebooku i adresami, zaś po dobrej godzinie opuściłyśmy gościnne progi Guisy, machając długo na pożegnanie.

IMG_1164
La mer

Przyszła mi do głowy taka myśl, czy w Polsce tak łatwo zaprosilibyśmy kogoś nieznajomego do domu, w dodatku w ogóle go nie rozumiejąc. Po powrocie z Toskanii zamierzam wysłać Guisy jakiś miły drobiazg. Nie zrezygnowałyśmy z mamą z poszukiwań plaży, ale postanowiłyśmy już do nikogo nie mówić buongiorno. Bałyśmy się, że nigdy nie dotrzemy nad morze… A miałyśmy wielką ochotę zaśpiewać radosną pieśni jak mój ukochany Jaś Fasola.

Na opalanie miałyśmy godzinę. Wybrałyśmy jedną z 143 plaż na Elbie. Maleńka, kamienista z lazurową wodą była niemal tak zatłoczona jak nasze plaże nad Bałtykiem. Oprócz braku piasku różnił ją jeszcze jeden mały, ale dość istotny szczegół. Nie widziałam żadnego parawanu… Turyści o różnych kolorach i odcieniach skóry leżeli na plaży jeden obok drugiego. Czyli jednak da się odpoczywać, nie budując w tym celu fortyfikacji. Jak tak dalej pójdzie, to za rok nad Bałtykiem będzie zapotrzebowanie na parawany z drutem kolczastym lub też wymyślne ogrodzenia w wersji super-extra-deluxe, nieco przypominające elektrycznego pastucha…

Sjesta bez żartów

Do odpłynięcia promu na ląd zostało nam akurat tyle czasu, by napić się kawy i coś szybko przekąsić. Nie wiedziałam wtedy, że kawę będę musiała wypić w tempie naprawdę ekspresowym. Kelner przyjął zamówienie szybko i sprawnie, po czym po około pięciu minutach zażądał zapłaty, powiedział, że kończy na dziś i zamyka interes. – Jak to kończysz? – dopytywałyśmy. – No, normalnie, spać idę – odpowiedział. No tak, pokiwałyśmy ze zrozumieniem głowami. Sjesta – rzecz święta. Nieważne, ilu turystów można by wtedy nakarmić i napoić. Włosi idą spać, gdy wybija godzina drzemki. Powiem szczerze, że to mi się podoba. Jak tradycja, to tradycja. Obok nas siedzieli Japończycy, którzy nie byli w stanie tego pojąć. My, Europejczycy musimy się im wydawać zwykłymi pasożytami, leniami i nierobami z takim podejściem do pracy.

Opuściłam gościnną Elbę z poczuciem niedosytu. To urocza wyspa. Bez wątpienia warto tam przyjechać na dłużej niż tylko jeden dzień.

* Dolce far niente – słodkie nieróbstwo

Z cyklu „W subiektywie Zośki” ukazały się również:
Drezno
Spacer po wiedeńsku
Malta – subiektywnie
M jak magot
Tam, gdzie Camorra mówi dobranoc
Wspomnienia z wakacji, czyli kilka dni z pamiętnika harcerki

Zdjęcia: Zosia Pietrzykowska
Korekta: Aleksandra Dębińska