Spacer po wiedeńsku

Bielsko nazywane jest Małym Wiedniem. Dawniej bielska arystokracja, po kilku godzinach jazdy szybkim i wygodnym pociągiem, mogła przechadzać się po eleganckich ulicach w pobliżu Graben, a wieczorem zasiadać w wiedeńskiej operze.

Były to czasy, gdy Bielsko leżało w granicach monarchii austro-węgierskiej. Ale i dziś szybciej można dotrzeć do stolicy Austrii niż do Warszawy. A gdyby tak przyjrzeć się „dużemu” Wiedniowi i spróbować dopatrzyć się podobieństw? Wyciągam rodziców na weekend „nad pięknym modrym Dunajem”, będziemy spacerować po Graben, napijemy się kawy u Hawełka i pójdziemy do opery.

Po trzech i pół godzinach jesteśmy w Wiedniu. Jak to stolica – tętni życiem. Już od pierwszych chwil od wyjścia z metra towarzyszą nam dźwięki muzyki wygrywanej przez ulicznych grajków. Słychać głównie Mozarta. Panowie w czerwonych lub czarnych XVIII-wiecznych płaszczach kręcą się po głównych placach, zachęcając turystów do kupna biletów na jeden z licznych spektakli. Kupujemy aż trzy bilety.

Pierwsze kroki kierujemy do Muzeum Historii Sztuki, trafiamy na ostatnie dni wystawy malarstwa Diego Velazqueza. Musimy odstać swoje w kolejce, która ciągnie się niczym rzeka Gwadalkiwir w Andaluzji.

Przed nami stoi para przemiłych Japończyków. Zaczepiam ich i ćwiczę swój japoński. Ona, Madoka, to studentka iberystyki, jednak ni w ząb nie potrafi mówić po hiszpańsku. On to Kay i będzie krytykiem filmowym. W Polsce byli przed tygodniem, spodobały im się Kraków i Wawel. Tu moje wielkie zaskoczenie: on zna polskie kino i widział „Idę”! Wie kto to Andrzej Wajda, wie kto to Kieślowski, choć wypowiada to nazwisko tak, że ledwo co je rozpoznaję. Roman Polański to dla niego bardziej Brytyjczyk niż Polak, więc szybko sprowadzam go na właściwą drogę. Mówię im, że znam dwa filmy Akiro Kurosawy i z tysiąc mang oraz anime.

Mówimy sobie „na razie”, czyli „sayonara”. Potem wpadamy wielokrotnie na siebie jeszcze przy kolejnych obrazach, wypijamy wspólnie kawę i wymieniamy się Facebookami.

Zosia-Pietrzykowska-Wiedeń-Japończycy

Velazquez nas nie rozczarowuje. Jego dbałość o szczegóły i głębia robią największe wrażenie, gdy już stanie się przed obrazem, co jednak proste nie jest, bo wielu też chciałoby tego samego – zostać na krótką chwilę sam na sam z dziełem. Kilku nastolatków zbitych w ciasną grupkę przed obrazem „Sevilla” chichocze i zastanawia się, co robi pies na pierwszym planie. Zagadkę zostawiam bez rozwiązania, choć i ja mam swoje przemyślenia na ten temat. Sale z tymże malarzem są zapełnione po brzegi. W innych jest trochę więcej powietrza, nareszcie możemy oglądać do woli.

Zwiedzanie męczy, czego przykładem są te zdjęcia.

Zosia-Pietrzykowska-spanie

Wcale im się nie dziwię. Sama przysiadłabym, by dać chwilę wytchnienia zmęczonym nogom. Już miałam spocząć na kanapie kuszącej swoją miękkością, gdy około dwudziestu gimnazjalistów zaszeleściło kartkami. Zapytałam ich, co robią. Odpowiedzieli, że pracę domową. Dopytują, czy mam komórkę.
– No mam, pewnie, że mam, ale bez internetu – odpowiadam.
Szybko mi tłumaczą, że nauczycielka odebrała im telefony, potem rozdała ołówki i formularze. Mają godzinę na ich wypełnienie. Jest tam kilkanaście pytań-zagadek i twierdzą, że bez internetu w ogóle sobie nie poradzą. Pomagam im przy trzech. Pierwsze dotyczy Caravaggio – słynnego obrazu „Dawid z głową Goliata”. Wskazówka mówi: „szukaj dziury na czole”. Drugi to Hans Holbein – „Jane Seymour”, wskazówka brzmi: „trzecia żona Henryka VIII”. Natomiast ostatni to Pieter Bruegel, ze wskazówką: „szukaj w Mezopotamii, czyli Wieża Babel”. Jakieś specjalnie trudne to nie jest. Leniuchy, nie chce im się chodzić po muzeum, notować i trochę pomyśleć. Ale i tak cieszę się, że mogę pomóc.

Zosia-Pietrzykowska---zadanie

Jakby komuś było mało i chciał sam tworzyć, muzeum zaprasza na zajęcia z malarstwa do Atelier. Kurs kosztuje 210 euro, wliczając materiały. Chętnych nie brakuje. A wyniki ich pracy są bardzo ciekawe.

Zosia-Pietrzykowska-Kurs

Kolejny dzień i kolejne muzeum, tym razem Albertina. Od Moneta do Picassa przez Warhola do Degas.

Warhol-Zosia-Pietrzykowska

I tutaj było dużo dzieci z nauczycielami. Spodobała mi się grupka uczniów, na oko taka wczesna podstawówka. Oglądali obrazy Moneta. Pani nauczycielka powoli, obraz po obrazie, opowiadała dzieciom najpierw o artyście, a potem o jego pracy.

Dzisiaj mam inną metodę oglądania. Idę szybko przez całą galerię, potem już w tempie wolniejszym robię kolejne kółka, by przy wybranych pracach postać dłużej. Do kontemplacji wybieram Chagalla, Modiglianiego i Picassa. Prawie chcę udusić jedną Hiszpankę, która twierdzi, że Chagall był holenderskim malarzem. Powstrzymuję się jednak i nie robię kobiecie krzywdy, jedynie zabijam ją wzrokiem godnym Bazyliszka.

Tata w końcu się przekonuje się, że nie mam już sześciu lat. Koło Hofburga mama daje mi do ręki jakieś 5 euro i przewodnik, za godzinę mamy się spotkać pod katedrą. Tata nie chce się zgodzić… Mama tłumaczy mu dość długo, że jeśli się zgubię i dojdę do Linzu, Grazu czy Salzburga, to trochę to potrwa i może się opamiętam i zawrócę, a jeśli nie, to przez konną policję mnie znajdą i doprowadzą pod Stephansdom lub w ostateczności wyślą po mnie szpiegowskiego drona. Tata się uspokaja i dokłada mi kolejne 5 euro. Wyposażona w taką gotówkę ruszam w miasto. Za równą godzinę spotykamy się pod katedrą.

Nie obywa się bez przygód. Moja komórka się wyłącza. Muszę poszukać sklepu z telefonami, żeby coś zaradzić. Iphone marznie mi odrobinę i hibernuje. Miły pan w Apple Store (o dziwo, nie Turek, nie Arab i nie Japończyk) podładowuje go odrobinę. I tak tatuś zaczyna rozumieć, że nie jestem ostatnią ciamajdą i mam nawet mózg. Trudno mu uwierzyć, że jechałam sama metrem, że nie zgubiłam się w podziemnych korytarzach i nie jeżdżę we wszystkich szalonych kierunkach aż do teraz. ;) Pokazałam mu bilety na dowód. Chodząc samotnie po uliczkach Wiednia robię kilka bardzo udanych zdjęć. Całkiem interesująca jest ulica nosząca dumną nazwę Kohlmarkt. Co ciekawe, na tej właśnie ulicy mieszczą się teraz drogie sklepy, takie jak Dior, Gucci czy Burberry, nie wspominając już o najdroższych na świecie diamentach u Cartiera. Stoję chwilę przed wystawą z wielkimi brylantami. Czyżby węgiel po latach zmienił się w diament?

Cesarska stolica jest bardzo fotogeniczna. Zarówno Graben, jak i ciasne, kręte uliczki. Na jednej z nich znajduję czynny sklep z ozdobami choinkowymi i z maskami karnawałowymi, ta z dziobem robi na mnie największe wrażenie i mam nadzieje, że w nocy mi się nie przyśni.

Wszędzie pobrzmiewa muzyka.

Ekscentrycznie ubrani Azjaci, panowie turbanach, kapeluszach i beretach, panie w pysznych futrach nadają miastu kolorytu. Zdjęcie z panią, która ubrała swojego pieska w szlafroczek, aby biedaczek nie zmarzł, jest moim ulubionym.

Wieczorem wychodzimy do opery na „Carmen”. Jest magicznie. Cudna muzyka i, co najważniejsze, nigdzie nie muszę już chodzić.

Velazquez, Picasso i Modigliani nie zawiedli. Carmen była jak to ona, otoczona wianuszkiem torreadorów. Hawełka dalej sprzedaje kawę, w Aidzie zjesz pysznego muffinka. Podobieństwo Bielska do Wiednia odnalazłam. Tam też mają pomnik św. Nepomucena.

Wiedeń czeka.

Zosia-Pietrzykowska

 
Korekta: Judyta Niedośpiał
Zdjęcia: archiwum prywatne Zosi Pietrzykowskiej