Grafoman numer 144 (Część I)

Jestem jak zielone drzewo dryfujące w otchłani kosmosu. Nie mam prawa bytu, jak wszystko, co żyje w próżni (a żyje, kiedyś się o tym przekonasz).

Panują tutaj spartańskie warunki – zapytaj kogokolwiek, kto zawitał tutaj, choćby przelotem, bo chyba inaczej nie sposób. Ani promyka światła, ani haustu powietrza; jedynie nieziemska mozaika gwiazdozbiorów, żebyś miał co podziwiać, jak Abraham będzie witać cię u swego łona. Wszystko w próżni umiera, z człowiekiem u prymu. Brak w niej tlenu i słońca niezbędnych dla drzew, brak także stałego gruntu oraz wody. Nie powinienem żyć, a jest zupełnie odwrotnie – żyję, choć to słowo dawno straciło dla mnie jakąkolwiek wagę. Czerpię sole mineralne z miejsca, gdzie pomarańczowa mgławica spotyka się z planetoidą przypominającą orzech. Jeśli komukolwiek wpadnie do głowy bzdurny pomysł szukania mnie, niech zacznie od tego punktu: spotkania pomarańczowej mgławicy z orzechem.

Rozczapierzam gałęzie, sięgając do gwiazd, lecz natrafiam jedynie na pustkę. Kto wie, może kiedyś koło jednej przelecę i spali mi zadek. Chciałbym, żeby moje konary były dłuższe. Niedorzeczne marzenie, wiem. Lubię sobie od czasu do czasu popływać w obłokach.

Cały czas szukam dla siebie miejsca. Nie ma dnia, w którym przez głowę nie przeszłaby mi następująca wizja: w nieokreślonym czasie spotykam ziemię (najlepiej szeroką i zalesioną) i osiadam na niej, wpuszczam swoje korzenie najgłębiej jak tylko się da, rozkoszując się świadomością posiadania własnego zakątka. Nie poprzestaję na tym; jestem w siódmym niebie, gdy stanowię jedność z innym organizmem. Na myśl o wilgotnym mikroświecie owego skrawka ziemi liście stają mi na baczność.

Próbuję się poruszyć, ale pęta mnie czas. Drzewa, jak pewnie wiesz, nie są zbytnio ruchliwe. Mnie zaś rozpiera wigor, w żyłach buzuje energia, wewnątrz żywe srebro – na zewnątrz tylko zakamieniała skorupa.

Wiesz już, kim jestem? Jeśli udzieliłeś odpowiedzi twierdzącej, przejdź do następnego akapitu. Jeśli nie – wróć do początku i przeczytaj całość ponownie, z najwyższym skupieniem. Coś przegapiłeś. Nie dostrzegłeś głębi schowanej w moich słowach. Odkryj ją, przekop tekst na nice. Może Twoja wyobraźnia przeżywa akurat atak katatonii? Na pewno mnie znasz.

Jestem Grafomanem. Przez duże „G”.

Grafomani są w moim świecie (którym dokładnie – możesz jedynie zgadywać) zagarniturowaną elitą, która rozmiękcza umysły pospólstwa, by stworzyć z nich żyzny grunt pod uprawę wypaczonych, nierzadko krzywdzących, idei opracowanych przez inne garnitury zasiadające u szczytu oligarchicznej machiny. Jesteśmy przekazicielami niedoścignionej głębi i ponadczasowych idei, nasze umysły pracują na obrotach wykraczających poza pojmowanie szarych mas. Kształtujemy rozwój społeczeństwa na każdym kroku, z ciemnoty i wszeteczeństwa czyniąc oświecenie, a z chusteczki do nosa Całun Turyński. Oto my, alchemicy słowa.

„Grafoman” jest fenomenem interwymiarowym. Nie wiadomo, skąd przybył taki termin – możliwe, że wprost od Boga, choć gdybyś mnie zapytał, powiedziałbym raczej, że Bóg w takim razie popełnił kardynalny błąd podczas aktu tworzenia (Przynajmniej w moim wymiarze. W Twoim też?). Grafomani egzystują w każdej wersji rzeczywistości i w każdej pełnią inne role. Kim grafoman jest w Twym świecie? Facetem, który sypia pod monopolowym? Kimś, kto myśli, że potrafi pisać? Psychopatą opisującym proces śmierci swoich ofiar?

Bo widzisz, u nas Grafoman to człowiek wyrachowany. Zna przebieg rozmowy po pierwszym zdaniu, lecz wcale nie z powodu naddatku inteligencji czy szóstego zmysłu. Po prostu jest święcie przekonany, że racja leży po jego stronie i próbuje zaszczepić ją rozmówcy. Mógłbym wyeksplikować Ci teraz moją teorię o genezie przekonania, która cieszy się sporym rozgłosem, wolę jednak tego nie robić, zważywszy scenariusz, gdzie przyjmujesz ją za własny pogląd, bo straciłem kontrolę nad moim darem. Nie chcę. Skończyłem z tym. Wystarczy Ci wiedzieć, że rzemiosło Grafomana polega na kreowaniu fałszywego przekonania, w czym dość sporą rolę odgrywa indywidualizm jednostki. Dlatego mój świat, Misa, wygląda tak, a nie inaczej: ludzie zachowują się tutaj według modelu, żeby ich indywidualizm nie został obrócony przeciwko nim. Kiedy zachowujesz się jak każdy, mniej o sobie zdradzasz, a więc trudniej Grafomanowi Cię przekabacić. Ale udaje mu się to mimo wszystko. Och, jakże się, k***a, udaje. On czerpie z tego przyjemność. Wtedy dopiero zaczyna grać krew, zaczyna się adrenalina, która wzmacnia przekonanie, och, jak ono wtedy gładko wchodzi…

Zapominam się. Wybacz. Wróćmy do wizerunku Grafomana – zawsze i wszędzie ciągnie ze sobą wykrochmalony garnitur, jego główny atrybut. Są też inne: soczewki powiększające oczy – żeby było w nich więcej duszy („Grafomani mają duszy za dwóch”); sygnet identyfikacyjny – w nim mieści się kryształ Grafomana; Ogniwo, ale o nim później. Maluczcy zazwyczaj starają się omijać Grafomanów ze strachu, że ci zrobią im pranie mózgu (co w większości przypadków potwierdza się). Boję się myśleć, ile osób żyje teraz obcymi wierzeniami.

Skończyłem z grafomanią, jak się pewnie zdążyłeś domyślić. Boża cząstka, która jeszcze we mnie pozostała – sumienie to jest – postanowiła więcej nie uczestniczyć w odrażającej degrengoladzie. Nie ma w tym winy wypalenia zawodowego czy bólów kręgosłupa. Gdy ogarniam to z perspektywy czasu, coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że na moją przedwczesną emeryturę nałożyły się kryzys wieku średniego i pewna niszcząca realizacja:

Realizacja, że ja także żyję pod wpływem cudzych przekonań.

Profesja Grafomana posiada jedną niezbitą zaletę – trzeba nieugięcie wierzyć w agitowane idee. Inaczej cały ten teatrzyk traci sens. Te idee zaś… Te same, które zostają poczęte u szczytu władzy, to w większości fanaberie. Bezwartościowe sofizmaty, w które musimy uwierzyć. Dlatego grafomania jest idealnym mechanizmem kontroli – nad nami siedzi już tylko grupa jednostek panujących nad światem. Gdy jedna osoba na milion posiada zdolność rzetelnej oceny, zyskuje prymat.

Co do kryzysu wieku średniego – czego by tu nie mówić, to on sprawuje w tej historii rolę spiritus movens. Jakoś tak wpłynął na moją istotę, tak zmienił umysł, że posunąłem się do czegoś, o co sam w życiu bym siebie nie posądził. Zapaliłem tym samym pochodnię, która zaświeciła mocniej, niż mogłem sobie wyobrazić, i przebiła się aż do najniższych, najciemniejszych warstw Misy. Niebawem była na językach całego świata. A ja wcale tego nie chciałem. Ani trochę.

Chciałem zwyczajnie znaleźć sobie kobietę, która nie prałaby pieniędzy za miłość.

Wspomniałem wcześniej o Ogniwie; oto nadchodzi objaśnienie. Ogniwo to więź łącząca Grafomana z Weną – pokaźną grupą królików doświadczalnych, na których studiuje się behawioryzm. Składają się na nią ludzie różni pod każdym aspektem: stanem majątkowym, płcią, ilorazem inteligencji, wiedzą. Nie ma dwóch identycznych osób. Są jednak pewne wzorce zachowań, które z powodzeniem stosuje się w grafomanii, a które uzyskuje się właśnie poprzez opracowywanie wyników uzyskanych z testów przeprowadzanych na Wenie. Gdy ktoś zadaje Grafomanowi pytanie, lub gdy pytanie zadaje Grafoman, trafia ono wprost do Weny i uzyskuje tysiące odpowiedzi, spośród których dobiera się tę najbardziej pasującą do osobowości interlokutora. Rozumiesz? To zakazane kompendium wszystkich pytań we wszechświecie, dopóki te pochodzą od człowieka. Ludzie zapewniający Wenie życie często nie są nawet samoświadomi, choć może to i lepiej. Gdyby wiedzieli, ilu sprowadzili na manowce, Wena prędko przestałaby istnieć.
Teraz, gdy wiesz już, czym jest Wena i znasz moje pobudki, zastanawiasz się pewnie, czemu nie szukałem sobie normalnej partnerki. Odpowiedź jest niezwykle prosta, lecz równie bolesna. Nie zdziw się, jeśli pismo w tej części pamiętnika okaże się trochę koślawe. Coś mnie kłuje w serce.

Otóż – gdybym związał się z jakąś kobietą emocjonalnie na tyle, że jeśliby chciała ode mnie odejść, próbowałbym temu za wszelką cenę zapobiec… Zniewoliłbym ją, jestem tego niemalże pewien. Przekonałbym, że nie znajdzie lepszego mężczyzny ode mnie i że popełnia właśnie niewybaczalny błąd, że gdy tylko przekroczy te drzwi, dzień później będzie leżeć na wycieraczce i błagać, abym ją wpuścił do środka. Kochałaby mnie wtedy, ale ja czułbym się jak ostatni śmieć. Tak sobie to wyobrażam. Może byłaby to szczera miłość, może miłość z potrzeby, może miłość oparta na wyrzutach sumienia. Nie wiem. „Najlepiej kocha się w kajdanach” brzmi jak coś, co mogłoby wyjść z ust człowieka niezdrowego na umyśle. A Wena, tak się składa, w ogóle nie jest podatna na nasz wpływ. Przemiędliła już tyle pytań, że zna arkana grafomanii pewnie lepiej niż my sami – dlatego pragnąłem kobiety stamtąd. Poleciałem więc któregoś letniego dnia do Weny i wznieciłem płomień buntu, który raz na zawsze zdekapitował oligarchiczną machinę.

Masz przed sobą ostatnią prawdziwą kronikę współczesnego świata; wszystkie inne zapiski, relacje, opowieści opisują jedynie suche fakty (dałbym sobie rękę uciąć, że niebagatelnie przeinaczone). To emocje nadają historii kontekst. Bez nich jest tylko indeksem wydarzeń.

II część opowiadania Grafoman numer 144 możesz przeczytać TUTAJ.

Grafika: Przemek Ornicz
Korekta: redakcjaBB