Antybohater z hollywood

Marvel na dobre rozgościł się na światowych dużych ekranach. Superbohaterowie ze słynnego studia przyciągają do kin tłumy i dobra passa tych historii trwa od lat. Po patosie, trudnych wyborach, rozdarciu emocjonalnym bohaterów i dodaniu do ich supersił czynnika ludzkiego, modele ukazywanych superheroes jednak trochę się znudziły.

Jako antidotum na znane nam historie, studio Marvela przychodzi do nas ze śmiesznym budżetem 58 mln dolarów i w końcu nowym antybohaterem. „Deadpool” opowiada historię byłego żołnierza oddziałów specjalnych, obecnie najemnika, Wade’a Wilsona, który w wyniku nielegalnego eksperymentu otrzymuje nadprzyrodzone zdolności. Jako Deadpool chce dokonać zemsty na człowieku, który niemal zniszczył mu życie.

Po przeczytaniu krótkiego streszczenia fabuły na pewno wpadliście w zastawioną pułapkę. Choć brzmi znajomo i całkowicie zwyczajnie, „Deadpool” nie naśladuje żadnego z wcześniejszych filmów ze stajni Marvela.

Na wyjątkowość bohatera tego filmu składa się duża ilości czarnego humoru, nieprzypominającego sarkastycznych docinek Iron Mana, a przybierającego nieco ostrzejszą formę żartu. Poza tym, Deadpool jest świadomy obecności kamery, co wzbogaca i jego pewność siebie, i całkowicie niejednorodną filmową narrację, która jest elementem tego rollercoastera. Skrajne elementy takie jak: romantyczne retrospekcje, momenty wyciszenia, ciętego żartu i ostrej jatki łączą się ze sobą jednak bardzo płynnie.

„Deadpool” z otoczką pikanterii i nowatorstwa swoje zadanie wykpienia Hollywood przemyca co prawda w tle, ale za to bardzo dosadnie. Już na napisach początkowych można wyczytać, że pojawi się „fajny facet z okładki”, „bohater CGI”, „kapryśna nastolatka”… z każdym kolejnym tekstem obrywa następne ogniwo w łańcuchu produkcji.

Poza jednym wyjątkiem, na który zwracają uwagę twórcy: jedynymi, którym należą się faktyczne brawa są scenarzyści. To – wbrew pozorom – najmocniejsze zdanie jakie można wyczytać w tym filmie i które w końcu zwraca uwagę na storytelling i prawdziwych bohaterów każdej hollywoodzkiej produkcji. Późniejsze aluzje są tylko przypieczętowaniem tego, że Deadpool to postać, która przez swoją nieprzewidywalność nie daje się zaszufladkować w świecie stworzonym do zarabiania pieniędzy.

Choć „Deadpool” wnosi falę świeżości, to jednak zbyt ostentacyjnie obnosi się ze swoją prostotą fabularną. Z jednej strony to niezły dowód na to, że nie trzeba setek milionów dolarów na produkcję filmu, by zdobyć najlepszy weekend otwarcia w 60 na 61 krajów świata, w których był wyświetlany.

Jako ciekawostkę warto podać fakt, że jedynym krajem, gdzie „Deadpool” nie zdobył pierwszego miejsca była Polska, zdominowana w box officie przez „Planetę Singli”. Z drugiej strony, potrzeba więcej bodźców do rozbudzenia masowego widza, niż przeciętnie zaserwowana opowieść.

Czarne żarty wystrzeliwane w stronę widza nie wystarczą, by utrzymać dobre tempo opowiadanej historii. Kategoria R, mająca zachęcić starszą widownię, pozwoliła rozwiązać język bohatera odgrywanego przez Ryana Reynoldsa, ale nie da się ukryć tego, że można było ten żart pociągnąć bardziej, mocniej i ciekawiej. Liczę, że sukces „jedynki” i – potwierdzona już – kontynuacja wywołają niemałą burzę w Hollywood. Czekam na więcej.

Reżyseria: Tim Miller
Scenariusz: Rhett Reese, Paul Wernick
Produkcja: Kanada, USA (2016)
Czas trwania: 108 min (1 h 48 min)
Gatunek: akcja, sci-fi

Obsada:
Ryan Reynolds – Wade Wilson/Deadpool
Morena Baccarin – Vanessa Carlysle
Ed Skrein – Francis/Ajax
T.J. Miller – Jack Hammer/Weasel
Brianna Hildebrand – Ellie Phimister/Negasonic Teenage Warhead

Zdjęcie: www.filmweb.pl
Korekta: Aleksandra Dębińska